źródło:facebook.com/wlodek.pawlik.fanpage
[WYWIAD] WŁODZIMIERZ PAWLIK – MUZYKĘ MA WE KRWI, ALE NA GRAMMY ZAPRACOWAŁ CIĘŻKĄ HARÓWKĄ
Świat poznał Włodka Pawlika gdy ten zdobył prestiżową nagrodę Grammy za jazzowy album „Night in Calisia”. Kim jest? Skąd się wziął jego talent? Ile pracy wymaga zawód muzyka? O te i inne kwestia zapytała rozmówcę Małgorzata Sawa.

ŚWIAT POZNAŁ WŁODKA PAWLIKA, GDY TEN ZDOBYŁ PRESTIŻOWĄ NAGRODĘ GRAMMY ZA JAZZOWY ALBUM „NIGHT IN CALISIA”. KIM JEST? SKĄD SIĘ WZIĄŁ JEGO TALENT? ILE PRACY WYMAGA ZAWÓD MUZYKA? O TE I INNE KWESTIE ZAPYTAŁA ROZMÓWCĘ MAŁGORZATA SAWA.
Dużo czasu spędza pan w hotelach, w trasie a rzadko w domu. Czy jako młody chłopak tak pan sobie wyobrażał życie muzyka?
Włodzimierz Pawlik: Od dzieciństwa znałem otoczenie muzyczne i wiedziałem jak to wygląda na co dzień. Moi rodzice byli bowiem czynnymi muzykami. Często wyjeżdżali i zabierali mnie ze sobą – mi to się podobało. To było jak takie cygańskie życie – ciekawe, inne i wyłamujące się stereotypowi życia codziennego (czyli po pracy do domku, kapcie, telewizorek i ewentualnie piwko). Ale są też kompozytorzy, którzy nie koncertują – siedzą w domu i piszą. Ja muszę jedno i drugie, czyli komponuję i jestem też wykonawcą. Jestem człowiekiem, który większość swojego czasu spędza na scenie – stąd te hotele, ciągłe zmiany miejsc i spotkania z dziennikarzami.
Jako mały chłopiec już pan mówił rodzicom coś w stylu: ,,Jak dorosnę, to chcę być muzykiem”? Czy może te marzenia o muzyce w dzieciństwie jeszcze u pana nie były obecne?
W.P: Były od samego początku. Muzyczne predyspozycje można odkryć już w dzieciństwie. To są bardzo prozaiczne, ale też konkretne zdolności. Trzeba mieć dobry słuch (a najlepiej mieć słuch absolutny), poczucie rytmu, pamięć muzyczną, inteligencję oraz sprawność rytmiczną – takie elementy odkrywa się bardzo szybko u dzieci. Już wieku pięciu lat dzieci są posyłane do szkół muzycznych – w tych dzieciach jest nadzieja. Jeśli rodzice zdecydują się na taki krok, a dzieci lubią grać, to z tej puli wybrańców są później muzycy.

W jednym z wywiadów opowiadał pan o paradoksie w pracy muzyka, który w czasie odpoczynku nie może już sobie pozwolić na to, aby tak intensywnie słuchać muzyki. Gdy pytam tych młodych muzyków o ich zainteresowania poza muzyką oraz o to, przy czym odpoczywają, to zazwyczaj opowiadają o grach, komiksach, deskorolce itp. . To jest też z ich strony trochę takie ,,odizolowanie się” od tej strefy muzycznej w ich życiu, a przy czym pan odpoczywa?
W.P: No nie, ani przy komiksach, ani przy grach czy deskorolce (śmiech). Kwestia odpoczynku to jest właśnie sfera indywidualna. Ja muzyki nie traktuję jako kary za grzechy, a wręcz odwrotnie.
Tak, tylko pan właśnie mówił o tym, że nie może pan sobie usiąść przy muzyce z lampką wina i odpocząć – tak jak to robią zazwyczaj ludzie niezwiązani zawodowo z muzyką.
W.P: Tak, bo to jest mój zawód. Ja jestem jednym z wielu dostarczycieli tej propozycji estetycznej, jaką jest muzyka. Słuchanie muzyki z perspektywy komfortu i przyjemności, jest u mnie dość rzadkie. Często słucham jakiejś muzyki w samochodzie, ale to nie jest słuchanie nastawione z gruntu na relaks.
Jak pan słucha tej muzyki w samochodzie, to wtedy to jest jazz, czy w grę wchodzą też inne gatunki?
W.P: Słucham różnej muzyki, ale też różną nagrywam. Ja nie jestem do końca muzykiem sformatowanym w jednym gatunku. Większość twierdzi, że jestem jazzmanem i mają rację. Ale ja powiem, że jestem nie tylko jazzmanem i to widać nawet po wczorajszym koncercie. Te koncerty są trochę jazzowe. Ale przede wszystkim pisane pod poezje, więc nie mogą być stricte jazzowe – przynajmniej z mojej perspektywy. Każdy ma swój indywidualny stosunek do tworzenia muzyki. Niedługo wyjdzie moja nowa płyta, która nazywa się „Włodek Pawlik – 4 Works 4 Orchestra”, będą to cztery twory symfoniczne na orkiestrę. Będzie to z takim przechyleniem bardziej na muzykę symfoniczną – to właśnie będzie taki crossover z mojej strony. Kwestia mojego tworzenia wynika z wielu kontekstów, wątków i niekoniecznie to jest zawsze ten jazzowy nurt.

Po otrzymaniu nagrody Grammy wokół pana powstał taki medialny szum. W jednym z wywiadów czytałam, jak pan mówił o swoich początkach. Wstawał pan o 6 rano, kupował bułkę z jogurtem i zamykał się w swojej ,,celi”, żeby grać.
W.P: Tak było… (śmiech).
Nie tęsknił pan w tym medialnym szumie nie tęsknił za tym spokojem, jaki panował w tej ,,celi” i chwilą takiej samotności?
W.P: Szum jest albo go nie ma. Sensem mojego życia jest bycie na co dzień z muzyką. To jest mój świat i moja autonomia wobec tego, co się dzieje na zewnątrz. Dzięki niej otwieram się też na różne inne rzeczy. To główne źródło mojego życia. Bez tego medialnego szumu byłbym tym samym człowiekiem, który jest zafascynowany muzyką i czerpiącym z niej wielką autentyczną satysfakcję.
Czy ten czas dał coś panu ważnego i można go docenić?
W.P: Ten szum miał swoją wagę. Można powiedzieć, że miał cudowną zaletę. To wszystko spowodowało, że moja muzyka stała się bardziej popularna, niż była – dla mnie to wielka wartość tej nagrody.
,,Sensem mojego życia jest bycie na co dzień z muzyką. To jest mój świat i moja autonomia wobec tego, co się dzieje na zewnątrz”.
Jest pan wykładowcą Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie. Czym powinien kierować się dobry wykładowca w pracy ze studentami?
W.P: Szacunkiem do młodych ludzi i takim wnikliwym podejściem do ich wrażliwości – jeśli chodzi o studia artystyczne i muzyczne. To są bardzo wrażliwi ludzie, a często nawet nadwrażliwi. W każdym z nich trzeba znaleźć taką szkatułkę, a w niej taki diament. Nikt nie jest podobny. Z tej perspektywy największym zadaniem, a być może największą trudnością jest to, żeby nie patrzeć na ucznia czy studenta statystycznie. To szczególnie ważne w takich profesjach, gdzie dialog mistrz – uczeń jest niezbędny, a w przypadku muzyki to jest najistotniejsze.
W tych młodych muzykach odnajduje pan trochę siebie z lat młodości?
W.P: Tak. Młodość jest cudowna. Ja chciałem być zawsze młody, ale to jest trudne do osiągnięcia. To jest taki syndrom doktora Fausta oraz wielu innych opowieści, jak zostać wiecznie młodym. Recepty na młodość chyba nie ma do tej pory – no trudno (śmiech). Ale przynajmniej jestem młody duchem i to właśnie przez kontakt z młodymi ludźmi.
Czy te spotkania z młodymi muzykami to w pewnym sensie też inspiracja dla pana?
W.P: To idzie w dwie strony i to jest cyrkulacja pewnej energii. Jestem otwarty na wszystkie fajne propozycje, które wykraczają poza konwencję. Nuży mnie, kiedy ktoś się zamyka. Mówi tylko jazz i jest już zamknięty tylko w tym – dla mnie takie zamknięcie nie jest dobre. To nie jest tak, że starsi mają mówić, co im ślina na język przyniesie, a młodzi mają tylko słuchać czyli rola – my starsi i lepsi. Mnie to po prostu drażni ta rola. Uważam, że nie ma takich reguł. Sam w młodości. Poszukiwałem w starszych koleżankach i kolegach z zawodu takich mentorów, którzy się otwierają. Unikałem osób, które tworzą bariery. Najgorsze w muzyce jest to, jak ktoś wychodzi na estradę i jest zablokowany. Ten komunikat wtedy nie jest szczery i prawdziwy – ja z tym walczę. Codziennie sobie tłumaczę, że muszę być prawdziwy, bo scena obnaża przez muzykę wszystkie blokady. Gdy wchodzimy na scenę, to musimy dodać taki uniwersalny kod wrażliwości, który powoduje, że koncerty przeradzają się w taką ,,komunię serc” i ludzie nie chcą z nich wychodzić. Po takich koncertach ludzie zapominają o bożym świecie – a zagranie takiego koncertu, wcale nie jest takie proste.
Często w wywiadach wspomina pan o Barbarze Hesse – Bukowskiej, która była pana wykładowcą. Co Barbara Hesse – Bukowska takiego ważnego przekazała panu w swojej nauce?
W.P: Przede wszystkim była jedną z tych najważniejszych nauczycieli fortepianu. Zrobiłem u Barbary Hesse – Bukowskiej dyplom z fortepianu na Akademii Muzycznej w Warszawie i przez pięć lat studiowałem u niej. Jestem jej absolwentem. To, jakie mam podejście do muzyki i to, jak gram zależy od niej. Nauka gry na fortepianie nie polega tylko na tym, że się gra, to są też rozmowy o świecie i muzyce. Tu chodzi właśnie o ten dialog mistrz – uczeń. Te lekcje to były piękne czasy. Hesse – Bukowska była wielką pianistką. Ona była laureatką międzynarodowych konkursów, m.in. pierwszego Konkursu Chopinowskiego po II Wojnie Światowej.
,,Codziennie sobie tłumaczę, że muszę być prawdziwy, bo scena obnaża przez muzykę wszystkie blokady. Gdy wchodzimy na scenę, to musimy dodać taki uniwersalny kod wrażliwości, który powoduje, że koncerty przeradzają się w taką ,,komunię serc” i ludzie nie chcą z nich wychodzić”.
Sprawdzałam, gdzie pan grał ostatni koncert przed ogłoszeniem, że otrzymuje pan nagrodę Grammy – to był Teatr Stary w Lublinie.
W.P: No właśnie – chyba tak (śmiech).
W ostatnim czasie bywa pan tu często. Jest u pana jakiś sentyment do tego miasta?
W.P: Od 2012 roku zmieniła się całkowicie sytuacja, jeśli chodzi o mój kontakt z Lublinem. To wiążę się ze zmianą Teatru Starego, który otworzył się na nowo – również na muzykę. Dostałem propozycję zagarnia jednego z premierowych koncertów na otwarcie tej nowej placówki kulturalnej. Projekt nazywał się ,,Struny na ziemi” (ten koncert był wtedy wyjątkowo udany i ludzie przyjęli nas tutaj genialnie. ,,Struny na ziemi” to jest moja muzyka do poezji Jarosława Iwaszkiewicza). Potem nastąpiły kolejne rozmowy, czy ja nie napisałbym muzyki do wierszy Józefa Czechowicza (lubelskiego poety). Dyrekcja chciała w ten sposób upamiętnić rocznicę urodzin poety. W 2013 roku koncert pod nazwą ,,Wieczorem” miał swoją premierę w marcu. I od tego czasu jestem częstym gościem w Lublinie, a szczególnie w Teatrze Starym. Można powiedzieć, że to poezja połączyła mnie z Lublinem, a konkretnie Józef Czechowicz. Ale rok temu grałem też na festiwalu Solo Życia u Mietka Jureckiego i tam nie było nawet krzty poezji.

Niedługo pojawi się pana kolejna płyta – „Włodek Pawlik – 4 Works 4 Orchestra”. Co skłoniło pana do stworzenia tego nowego albumu?
W.P: To jest taki mój nurt muzyki orkiestrowej, która jest mniej znana. Album ,,Night in Calisia” jest przykładem na taką fuzję i połączenie dwóch gatunków – tam jest jazz i ta muzyka orkiestrowa. Płyta „Włodek Pawlik – 4 Works 4 Orchestra” jest takim moim dopełnieniem utworów, które do tej pory nie znalazły się na żadnej płycie. Z jakiegoś powodu napisałem te utwory, ale nigdy nie zostały nagrane. Ten materiał ukazywał się gdzieś w tej sferze koncertowej. Był czasami grany, ale nigdy nie został nagrany na płytę – stąd ta płyta i ta ekscytacja.
Czy według pana polski rynek muzyczny idzie w dobrą stronę?
W.P: Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć o całym polskim muzycznym rynku (i to niezależnie od tego, czy to jest jazz czy inny gatunek). Jest bardzo wielu świetnych muzyków, dobrze przygotowanych i mających właśnie taki potencjał. Ja wiem, że żyję w kraju, który kocha muzykę. Wiele młodych osób wchodzi teraz w muzykę i chce uprawiać ten zawód. Muzyka w Polsce jest bardzo ważna i Polacy są cholernie muzykalnym narodem – ja to wiem i to podkreślam. Nie ukrywam, że ten koncert w Opolu też wynika z tego, że chce mieć doświadczenie z taką sferą wspólnoty w muzyce. I to nie zależnie od takich drobiazgowych kontekstów, które widzą i w których upatrują swoją szansę (często tylko po to, aby podkreślić swoje istnienie) krytycy muzyczni – ja nie muszę tego robić.
Jaką miałby pan radę dla tych muzyków, którzy siedzą i ćwiczą, tak jak pan kiedyś zamknięty w czterech ścianach. Co pomoże im osiągnąć sukces?
W.P: Rada jest taka, że jeśli ktoś patrzy na muzykę tylko z takiej perspektywy zrobienia kariery, wejścia w orbitę zainteresowania mediów, to może się mocno rozczarować. Zazwyczaj takie rzeczy się nie udają.
Zasada: ,,Chcę być muzykiem tylko dla sławy” – według pana nie przejdzie?
W.P: Nie przejdzie. Mój warunek jest bowiem taki: kochać muzykę, jeśli ktoś ma w sobie pasję. To, czy przebije się przez taką masę nigdy nie jest pewne. Ale przynajmniej będzie uczciwy wobec siebie, a to już jest bardzo dużo. Nie zależnie od okoliczności mam w ręku tę szkatułkę, trzymam ją, bo w to wierzę i to kocham. To jest lustro, przed którym niezależnie od okoliczności (będąc na górze czy na dole), mogę sobie powiedzieć: ,,Jesteś ze mną, Pani muzyko”. To jest chyba taka recepta!
Rozmawiała: Małgorzata Sawa
O autorze:

- Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.
Najnowsze publikacje:
Newsy05/28/2020„Sztuczne Ognie”. Sambor i Urbański prezentują nowy utwór
Wywiady05/27/2020[WYWIAD] Koko Die: chciałem być paladynem, który ratuje ludzi z opresji
Wywiady06/13/2019[WYWIAD] NOŻE: Nie interesuje nas propaganda sukcesu
Wywiady05/16/2019[WYWIAD] Arek Kłusowski: Mam alergię na sztuczne emocje w muzyce



