[RECENZJA] Mel Tripson – „VI YD”
Mel Tripson to debiutujący, alternatywno-rockowy skład z Lublina. Zespół tworzy czwórka młodych, obiecujących muzyków. Recenzujemy ich nową epkę „VI YD”!

Mel Tripson to debiutujący, alternatywno-rockowy skład z Lublina. Zespół tworzy czwórka młodych, obiecujących muzyków – Mateusz Kochaniec (wokalista), Piotr Machajek (basista), Filip Paprocki (gitarzysta) oraz Stanisław Czerniawski (perkusista). Ich pierwsze dzieło, epka „VI YD” wydana własnym sumptem, zalała internet zaledwie półtora miesiąca temu, ale słuchając jej odnosi się zaskakujące wrażenie, że chłopaki wypuścili ją jako krótkie wydawnictwo pomiędzy pierwszym, a drugim albumem.
Jeżeli „VI YD” (czyt. six yards) ma być zapowiedzią długogrającej płyty, to już na tą myśl zacieram ręce i niespokojnie przebieram nóżkami! Mel Tripson w sześciu, a właściwie pięciu kawałkach (ostatni utwór jest remixem) pokazali jak to powinno się robić w Polsce, żeby brzmiało tak, że gubimy trampki, rurki, koszule w kratę i jeansowe kurtki. Żadne tam The Black Keys, Arctic Monkeys, czy inni mieleni przez rozgłośnie radiowe niegrzeczni chłopcy z zagranicy. To polscy młodzieńcy z Lublina brzmią jak niedoceniany u nas w kraju zespół Cage The Elephant prosto z Kentucky, made in U.S.A!

Od początku do końca jest mocno, brudno, zadziornie, niesfornie… miejscami arogancko, seksownie, spontanicznie i odważnie. Aż dziw, że wokalista to rocznik ’96, a reszta zespołu również wiekiem od niego daleko nie odstaje. W tych młodych sercach drzemie o wiele więcej męskości i powera niż w niejednym rockowcu z 10 letnim stażem na scenie. Kiedy starsi się nudzą i markotnieją młodzież podąża własnymi, oczywiście nie nowymi, ale jakże właściwymi, ścieżkami muzyki rockowej. Jak to się stało, że tacy fajni chłopcy nam się urodzili w Polsce i jeszcze nie podbijają main stage’ów europejskich festiwali? Jedno jest pewne, będzie o nich nawet nie tyle, że głośno, lecz będzie o nich aż szumieć i krzyczeć wszędzie, gdzie się nie obejrzycie.
Otwierający epkę numer „Nanny” powinien kopnąć wszystkich, zbyt pewnych swojej pozycji punk i garage rockowców w czułe miejsce między nogami. Okrzyk wokalisty w refrenie „I feel amazing!” jest dokładnym odzwierciedleniem tego jak czuje się słuchacz po kolejnych zapętleniach tego singla. Co ciekawe, sam początek piosenki przywodzi mi na myśl intrygującą muzykę z intro serialu „House Of Cards„. Czyżby nieprzewidywalny Frank Underwood był inspiracją dla Mateusza, Piotra, Filipa i Stanisława? Budowa utworu jest równie angażująca, co w najbardziej hitowych kawałkach Cage The Elephant: „Shake Me Down” lub „Aberdeen”. Mamy tutaj wzloty i spadki napięcia, gorzki wokal o papierosowym zabarwieniu, szybkie gitary z uzależniającymi riffami i ten wwiercający się w mózg refren, który będzie Cię katował jeszcze przez długie godziny w środku nocy.
Następnie wchodzi porównywalnie solidny „Back ‘n’ Reloaded”, tytuł absolutnie nie jest przypadkowy, gdyż jest to dobrze naładowana broń o pokaźnym zasięgu rażenia. Dostajemy zawrotne tempo, w rytm którego wokalista wyrzuca z siebie wciąż te same słowa, niczym mantrę podczas marszu wojskowego. Z pozoru średniej długości kawałek ukrywa w sobie mocarną gitarową solówkę, zaczynającą się w 1:52 minucie. Jeżeli po tych dwóch numerach nie jesteście jeszcze zmęczeni, to macie szansę dodatkowo wyżyć się przy „Talk To Me”, który jak tłumaczą Mel Tripson opowiada o sytuacji, kiedy czujesz coś do drugiej osoby od co najmniej roku, ona w ogóle tego nie odwzajemnia, a potem to ją trafia i wtedy tak naprawdę nie musisz jej namawiać… Interpretujecie sami, co może się dziać dalej pomiędzy tą dwójką przy dźwiękach TAKIEJ piosenki. Czwarty numer z płyty nosi tytuł „Wild West” i uważam go za bardzo trafiony, ponieważ zakurzony klimat tego, co przez prawie 3 i pół minuty proponują MT świetnie nadaje się na soundtrack do zwiedzania niebezpiecznych i niegdyś dzikich zakątków zachodnich terenów Stanów Zjednoczonych. Nie zapomnij tylko swojej odznaki szeryfa i porządnych butów, bo w piasku kryją się skorpiony, a w saloonach bandyci o zepsutych zębach!
Przedostatni kawałek „Pakistan” uwodzi z początku monotonnym tempem, w rytm którego w wyobraźni mijamy samochodem światła latarni na pustej i gorącej autostradzie. Przystajemy na progach zwalniających, aby leniwie ruszyć dalej, jednocześnie marząc o znalezieniu się w łóżku obok rozpalonego ciała ukochanej osoby, które może już wcale nie należy do nas… If you want I can be your hero, you’re my heroin – te słowa wybrzmiewają w tej smętnej balladzie o bluesowych korzeniach i alternatywnych podrygach rozgorączkowanych gitar. Melancholia wylewa się ponad dumne męskie ego, drogi się mieszają, a my zostajemy sami zagubieni w odmętach własnych myśli. Intensywne przeżycie z twórczością Mel Tripson zatoczyło się pod zremixowany epilog. Elektroniczne wybryki autorstwa Stonkatank opanowały kawałek „Back ‘n’ Reloaded” tworząc iście imprezowy numer, o lekko dupstepowym zabarwieniu. Z czystego rockowego tripu przenieśliśmy się do klubu pełnego szperających świateł laserów i migających stroboskopów. Upał panujący na „VI YD” nie ustał, może został tylko delikatnie stonowany przez orzeźwiającą klimatyzację pomieszczenia.
„If you want I can be your hero, you’re my heroin”
– Mel Tripson „Pakistan”
Młodzi muzycy z Lublina wybrali sobie idealny moment na debiut, ponieważ teraz wszyscy powoli zaczynają zachwycać się świeżymi brzmieniami produkowanymi w zakątkach całego kraju przez nowych artystów, a Mel Tripson dzięki swojej przebojowości, mają rzeczywistą szansę zaistnieć na rynku i wybić się ponad chmarę rockowych kapel-klonów. Po zdecydowanie indie rockowych Curly Heads, przyszedł czas na brudniejszą wersję alternatywy, można nawet powiedzieć, że ubabraną w kurzu i duszących spalinach oldschool’owego Mustanga GT. Oby ten rok należał do nich.
Ocena: 8+/10
Nela Grabowska
O autorze:

- Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.



