Fot. Michał Wende
[WYWIAD] Fismoll: Jeżeli ma się miłość, to ma się wszystko
Z Fismollem spotkaliśmy się przed jego koncertem w Stodole. Rozmawialiśmy m.in. o urokach Islandii, uczuciach i budowie własnego studia nagraniowego

Z FISMOLLEM SPOTKALIŚMY SIĘ PRZED JEGO KONCERTEM W WARSZAWSKIM KLUBIE STODOŁA. ROZMAWIALIŚMY M.IN. O UROKACH ISLANDII, UCZUCIACH, KONCERTACH I BUDOWIE WŁASNEGO STUDIA NAGRANIOWEGO
FINE TUNE: Wakacje miałeś chyba udane. Widziałam, że pojechałeś na Islandię. Jak ta podróż wpłynęła na Ciebie duchowo?
FISMOLL: To był taki nagły wypad. Moja dziewczyna powiedziała, że jedzie i czy nie chciałbym się zabrać z nią, więc kupiłem bilet dzień po tym jak się dowiedziałem, że jedzie. To było bardzo miłe, ponieważ całe życie marzyłem, tak naprawdę od 14 roku życia, jak się dowiedziałem, że takie miejsce istnieje. Nie uczono mnie tego na geografii, a nigdy nie byłem bardzo ciekawy świata, żeby samemu zdać sobie sprawę z tego, że to miejsce istnieje. Tam jest piękny spokój, ludzie są dosyć specyficzni i bardzo spokojni, otwarci, pomocni, no ale jednak w Polsce nie uświadczysz wodospadu co 200 metrów i stepów, jakiejś dali i po prostu totalnej pustki.
Chciałbym tam zamieszkać kiedyś, tak z ciekawości, sprawdzić siebie. Jak dałbym sobie radę z taką samotnością. Nie mieszkać w Reykjavíku – jest ok, ale nie nocą, bo noc tam jest trochę taka berlińska. Nie tyle, że brudna, ale dosyć mroczna. Totalnie nie mój klimat, ale gdzieś w takim miasteczku Vik, gdzie mieszka 200 osób i jest bardzo, bardzo przyjemnie. Masz ocean obok z czarnym piachem, coś fenomenalnego. Pierwszy raz w życiu widziałem ocean, pierwszy raz w życiu widziałem lodowiec. No i owce, których jest tam na potęgę. Rozbijaliśmy z moją dziewczyną namiot, gdzie mogliśmy – na dziko. Tu pod wodospadem, tam na jakiejś górze. Zawsze nas te owce budziły, więc bardzo miłe stworzonka. Duchowo fajnie. Szczerze powiedziawszy zapomniałem trochę o Bogu, jak tam byłem. Zdałem sobie sprawę z tego dopiero, jak wróciłem do Polski, że bardzo mocno zachwyciło mnie to wszystko, jakby ciągle nie mogłem uwierzyć, że tam jestem. Dlatego muszę tam wrócić. Wrócić tam sam, żeby to trochę poprawić.
„Samotność jest bardzo potrzebna,
żeby się po prostu narodzić na nowo (…)”.
FINE TUNE: Czyli jesteś typem samotnika? Lubisz odcinać się od cywilizacji?
FISMOLL: Lubię, ale jestem okropnym fanem ludzi. Uwielbiam rozmawiać. Jestem gadułą, jak się ze mną siądzie gdzieś czasami, to można przegadać całą noc. Lubię takie rozmowy, lubię kontakt, lubię patrzeć w oczy i słuchać, ale lubię się też czasami odciąć. To jest potrzebne, żeby trochę wrócić do siebie. Jednak, jak się przebywa z ludźmi przez cały czas, to nabywasz trochę od nich pewne rzeczy. Jakieś gesty, słowa, coś cię zachwyca i tak dalej. A samotność jest bardzo potrzebna, żeby się po prostu narodzić na nowo i zdać sobie sprawę z tego, że „kurczę nie myślę tak”, „w sumie to mu to powiem”.
FINE TUNE: Jesteś teraz w trasie koncertowej. Czy łatwo się wzruszasz na swoich występach?
FISMOLL: To zależy od małych niuansów. Od tego, że czasami coś inaczej zaśpiewam, że złapie spojrzeniem z moją siostrą (Asia Glensk – red.), z Kacprem (Budziszewskim – red.), z Robertem (Amirianem – red.), z Kubą (Szydło – red.), że spojrzę na ludzi, którzy mają zamknięte oczy, albo którzy też się wzruszają. Koncert w Poznaniu, jak graliśmy tydzień temu (18.10.2015 – red.), to pamiętam że zszedłem ze sceny i po prostu się rozpłakałem, bo to było piękne przeżycie. Staram się panować nad emocjami na scenie, mimo tego, że wiem o czym śpiewam. Mimo tego, że wiem, że jestem po prostu na tej scenie totalnie nagi. Jeżeli ktoś rozumie teksty, to doskonale wie, o co chodzi. Tak wybrałem, tak chcę, bo tylko to mam i jeżeli ktoś tego potrzebuje, to może to dostawać. Nikogo nie namawiam. W każdym razie ze wzruszaniem się jest tak, że ma na to wpływ, to jak się słyszę, jaka jest atmosfera na sali.
Graliśmy koncert w Krakowie wczoraj (23.10.2015 – red.). Kraków zawsze był jakimś takim bardzo poetyckim dla mnie miejscem, w którym się cholernie łatwo zakochać. W ludziach stamtąd, w kobietach (śmiech) i jakby z takim nastawieniem tam pojechałem. Graliśmy już chyba po raz czwarty w klubie Studio, no i było takie uczucie, przez to, że ludzie gadali przy barze, przez to, że ktoś tam, coś tam szepnął, wszystko było słychać. Nie żadne złe rzeczy, tylko nie było skupienia w tych ludziach, którzy wypili za dużo. Chciałbym móc mieć taką możliwość, żeby zamykać bary na koncerty. Sam wiem, co alkohol robi z ludźmi, co robi z samym mną i dlatego staram się nie pić w ogóle. Jednak czasem ludzie nie panują później nad sobą i robią rzeczy, których normalnie by nie robili. Ale to każdy doskonale wie.
„Staram się panować nad emocjami na scenie, mimo tego, że wiem o czym śpiewam. Mimo tego, że wiem, że jestem po prostu na tej scenie totalnie nagi”.
FINE TUNE: Zacząłeś mówić o alkoholu. Co myślisz, jako artysta, o muzykach, którzy wychodzą na scenę po alkoholu, albo są mocno podcięci?
FISMOLL: Zawsze wychodziłem z takiego założenia, że jeżeli mam swoje życie, Bóg mi je dał, poznałem rożnych ludzi, robię to co robię itp., to jeżeli czuje, że to moje życie traci kolor, że nic się w nim nie dzieje, albo chciałbym żeby coś się stało, coś pięknego, to nie sięgam po narkotyki, czy po jakieś dawki alkoholu nie wiadomo jakie, żeby zrobić sobie milej, zrobić inaczej, żeby się trochę odciąć od samego siebie tak naprawdę. To rzadko kiedy jest zaglądanie w głąb siebie. Staram się w taki sposób żyć, żeby nie powodować pewnych sytuacji, których mi brakuje, tylko nauczyć się czekać. Mam straszny problem z czekaniem, ale trzeba się nauczyć pokory.
Co do pytania, to jeżeli jest im lepiej to ok. Moim zdaniem, każdy się budzi w pewnym momencie. Wiesz są ludzie, którzy mają z tym ewidentny problem i jest mi tylko ich szkoda. Chciałbym im pomóc, tylko to jest bardzo trudne, pomóc komuś, kto pije np. od 20 lat i od 20 lat wychodzi na scenę będąc pijanym. Nie umiałbym tak robić, bo nie pamiętałbym swoich koncertów, nie pamiętałbym ludzi, którzy przyszli po to, żeby tej muzyki posłuchać i nie miałoby to sensu. Może im to pomaga, może się lepiej czują, nie wiem. Ja tego nigdy nie zrobiłem. Nigdy nie wypiłem piwa przed koncertem, czy szklanki whiskey – nigdy mi się to nie zdarzyło i wiem, że się nie zdarzy. Ok, po koncercie można wypić piwo z kumplem: „ale fajnie było!” itp., ale nie przed tym. Dla mnie to nie jest zabawa, dla mnie to jest misja i chce być totalnie trzeźwy jako ten misjonarz.
„Nigdy nie wypiłem piwa przed koncertem, czy szklanki whiskey – nigdy mi się to nie zdarzyło i wiem, że się nie zdarzy”.

FINE TUNE: Słuchając Twojej najnowszej płyty odnoszę wrażenie, że miłość jest dla Ciebie cnotą najwyższą. Czasami wydaje mi się, że coraz mniej ludzi podchodzi już do tego uczucia w tak czysty i szlachetny sposób. Co sprawia, że masz taką niezachwianą wiarę w miłość?
FISMOLL: Wychowałem się w domu, w którym to było najważniejsze. Jak byłem w domu i moja mama wracała z pracy, mój tata pracuje w domu, to zawsze wstawał i witał się z nią. Daje jej buziaka i sobie żyją, takim normalnym życiem. Nie jeżdżą co tydzień na wakacje, nie uprawiają sportów (śmiech), chociaż to jest ok, oczywiście. Po prostu sobie żyją, są, istnieją obok siebie i wiadomo mają swoje lata, więc to też jest inaczej, niż jak jesteśmy młodsi. Moim zdaniem, jeżeli ma się miłość, to ma się wszystko. Ja przynajmniej tak mam, jak kocham, jak czuje, że jestem kochany to nie potrzebuje niczego więcej. Nawet jak mi coś nie wyjdzie, jak ktoś coś powie, to myślę sobie o tym, że kurcze mam najwyższe uczucie, bo to jest moim zdaniem, to uczucie najwyższe, które można posiąść. Może inaczej… które się w człowieku narodzi i trzeba je pielęgnować oczywiście, nie zdradzać, nie robić głupich rzeczy, myśleć dojrzale.
Dzisiaj jest tak, jak sama powiedziałaś, że widzisz, że to gdzieś tam odchodzi trochę na dalszy plan. Dzisiaj mamy coraz więcej takich rzeczy, które nas pociągają, bo są chwilowe i często nie biorą za sobą jakiejś odpowiedzialności i jakby ludzi to strasznie pociąga. Jak dowiedziałem się, że są kluby, w których się zakłada opaski na ręce, gdzie możesz sobie iść i wybrać kolor (do kolorów przypisana jest deklaracja, np. wolny, zajęty, chętny do zabawy – red.). Widzę, że ludzie tam idą, że ich to kręci. Ja totalnie bym tak nie umiał, bo jest to dla mnie absurd. Fizyczność jest super, ale kurde, musi być fundament żeby pójść dalej. Nie wiem, może ja mówię, jak jakiś święty. Aczkolwiek wydaje mi się, że to jest ok, że to jest czyste po prostu i totalnie każdemu to polecam. Naprawdę chyba tylko tak można być w pełni szczęśliwym. Aczkolwiek jestem jeszcze tylko młodym gówniarzem, więc bardzo możliwe, że się mylę (śmiech).
„Moim zdaniem, jeżeli ma się miłość, to ma się wszystko. Ja przynajmniej tak mam, jak kocham, jak czuje, że jestem kochany to nie potrzebuje niczego więcej”.
FINE TUNE: Po prostu masz swój system wartości. W jednym z wywiadów widziałam, jak mówiłeś o naiwności, że chciałbyś się jej nauczyć na nowo. Bycia naiwnym, jak małe dziecko. Teraz właściwie naiwność postrzegana jest, jako słabość. Jak sobie z tym radzisz, skoro naiwność jest dla Ciebie wartością, a inni postrzegają ją w ten sposób?
FISMOLL: To jest tak, że ja najczęściej bardzo mocno się otwieram na drugą osobę. Może mam jakieś swoje tajemnice itp., ale wystarczy 5 – 10 minut rozmowy i tak druga osoba o tym wie. Popełniłem cholernie dużo błędów w swoim życiu, zraniłem tysiące osób, które kochałem. Może przez to jest muzyka i, wiadomo, człowiek uczy się na błędach. Czasami niektórzy popełniają ich zbyt dużo, aczkolwiek zdałem sobie sprawę z tego, że w momencie kiedy zaczynam żyć tak, jak chciałbym żeby każdy żył, w sensie bez jakiegoś takiego brudu, to te tajemnice są czasami poważniejszą rozmową. Ja nie mam wstydu na przykład, nie mam czegoś takiego. Ok może nie latałbym tu na golasa, ale każdy z nas jest człowiekiem, nawet jeżeli ludzie mają taką mega wielką zaporę przed rozmawianiem o wrażliwości, o czułości, o miłości właśnie. Dlaczego zawsze jest tak, że przed tym, jak powiemy coś miłego komuś, to mówimy: „to może dziwnie zabrzmieć”? Kurde, nie! Mów! Mów, że to jest piękne, że to jest cudowne. Mów, że kochasz, albo nie.
FINE TUNE: Może boimy się odrzucenia?
FISMOLL: Może tak, ale wydaje mi się, że jeżeli komuś na czymś zależy, to nawet jeżeli zostanie odrzucony i to wszystko będzie szczere, to dalej pozostanie jakby… nie, że szczęśliwy, jasne, jeżeli ktoś by mi powiedział w odpowiedzi na moje zapytanie: „czy kochasz mnie?”, że: „nie”, a ja miałbym nadzieję, że jednak tak, wiadomo byłoby mi smutno, ale mam w sumie jasną sytuację. Muszę iść dalej. To nie jest tak, że jestem robotem, który podchodzi do wszystkiego totalnie bezproblemowo, bo też mam uczucia i też mam smutek czasami, ale jeszcze wracając do naiwności… Tak się chyba trochę łatwiej żyje, po prostu. Nie myślisz o spiskach, o jakiś rzeczach, które mogą się dziać za Tobą i w ogóle. Mówię wszystkim to co myślę, a nie to co chcieliby usłyszeć. Może kiedyś mi to wyjdzie na złe, ale trudno. Czasami coś musi wyjść na złe i trzeba iść dalej. Przynajmniej ja staram się tak robić.
„Dlaczego zawsze jest tak, że przed tym, jak powiemy coś miłego komuś, to mówimy: „to może dziwnie zabrzmieć”? Kurde, nie! Mów! Mów, że to jest piękne, że to jest cudowne. Mów, że kochasz, albo nie”.
FINE TUNE: Jesteśmy portalem, który skupia się na świeżych polskich brzmieniach. Jakich artystów słuchasz oprócz swoich przyjaciół z wytwórni (Nextpop)?
FISMOLL: Prawie nic. Słucham bardzo mało muzyki. Powstaje bardzo dużo pięknych rzeczy, naprawdę. Gdzieś tam słyszałem jakieś, np. Skubasa – ładne to bardzo.
FINE TUNE: A tak poza Twoimi klimatami?
FISMOLL: Trudno mi jest wychodzić poza moje klimaty, bo na mnie muzyka bardzo mocno działa, kiedy słucham przez cały czas Fitzsimmonsa, Sigur Rós, jakieś klasyki, np. Bacha, albo po prostu czegoś z okropnym ciężarem emocjonalnym, z którym muszę się zmagać. Puściłem sobie ostatnio idąc koło dworca na jakiś pociąg Come, której słuchałem bity rok jak byłem w gimnazjum i już zacząłem się czuć inaczej. Chodzę w jakiejś tam skórze, dużych wojskowych butach i już miałem inną postawę. Szedłem taki bardziej pewniejszy i sobie myślę: „Kurde, nie nie nie, to było w gimnazjum. Nie chcę, nie wracam do tego”. Może tak jest, że przez to gdzieś tam robię muzykę, bo w niej można zakodować cholernie dużo rzeczy, bardzo dużo emocji i wiem, że to co mówię jest wiadomym. Aczkolwiek ja sam muszę uważać na pewne rzeczy, bo różnie wpływają na głowę. Wiesz są rzeczy, które są piękne, ale są toksyczne. Ja tak czasami na przykład mam, że są utwory, które proszą Cię abyś powrócił do pewnych spraw z przeszłości. Żebyś odgrzebał je i zakopał na nowo. To jest bezsensem.
Trudno mi jest się wypowiedzieć na temat polskiej muzyki, za co cholernie bardzo mocno przepraszam, aczkolwiek po prostu mało tego słucham. Nie, że mnie to nie interesuje. Czasami Asia mi coś podeśle – moja siostra, czasami Kacper, czasami Robert coś pokaże, Jędrzej (Guzik, woom – red.), to wtedy posłucham, a tak to raczej jestem „wierny” swoim ideałom, jeżeli chodzi o muzę. Potrzebuje konkretnych rzeczy, które z niej płyną i wiem, że może poznałabym coś nowego, ale póki to mam, to chce żeby to we mnie wybrzmiało do końca.
>>> Przeczytaj naszą recenzję „Box of Feathers” <<<
FINE TUNE: Jako świeża posiadaczka gramofonu muszę się Ciebie zapytać: od kogo wyszła inicjatywa, że „Box of Feathers” ukaże się na winylu?
FISMOLL: To Robert chyba z Jarkiem (Ferek – red.) wpadli na pomysł, żeby zrobić taką edycję. Ja się tylko cieszę (śmiech). Dla mnie to super sprawa. Dostałem od Jarka, który z Robertem jest współzałożycielem firmy, album „Valtari” Sigur Rós na winylu. Mamy też gramofon u siebie w mieszkanku, mój przyjaciel Piotrek go ma. Jeszcze go nie odpalaliśmy, ale jesień idzie, trzeba się uzbroić w klimatyczne rzeczy i trzeba to podłączyć, zacząć puszczać coś. Nie znam się na tym, wiem tylko, że to jest spoko, tylko trzeba zmieniać co jakoś 22 minuty, czy jakoś tak, przekładać płytę. Nigdy nie słuchałem muzyki z tego, to znaczy zdarzało mi się jasne, ale nigdy nie miałem u siebie w domu.

FINE TUNE: Widziałam na Instagramie, że budujesz studio nagraniowe, prawda?
FISMOLL: Kurcze fajne masz pytania (śmiech). Bo czasami ludzie pytają dlaczego Fismoll i wiesz…
FINE TUNE: Nie martw się, nie będę o to pytać (śmiech)
FISMOLL: Dzięki. Dziękuję (śmiech). Tak. Jestem totalnym fanem nagrań, produkcji muzyki i aranżacji. Sam staram się robić wszystko. Na pierwszej i drugiej płycie z dużą pomocą Roberta, nagrywałem u siebie w mieszkaniu wszystkie instrumenty smyczkowe, gitary, jakieś chórki i pianinka. Razem to później miksowaliśmy. Zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo wielu ludzi jest na świecie, którzy nie mają możliwości, żeby się zapisać gdzieś. W sensie, żeby zapisać siebie. Ja miałem taką możliwość, bo po prostu sobie w pewnym momencie powiedziałem, że chciałbym mieć mikrofon i mieć coś tam do nagrań i tak w sumie minęło trochę czasu i dostałem to na gwiazdkę od rodziców. No i zacząłem się tym bawić (uśmiech). Tak w sumie od 14 roku życia. A teraz buduje takie pomieszczenie, bo mamy sąsiadkę, która bardzo, bardzo mocno przeszkadza nam czasami w nagraniach. Wystarczy, że słuchamy trochę głośniej muzyki i ona ma z tym wielki problem. No ale ma już jakby swoje lata i jest trochę nerwową osobą, aczkolwiek ją pozdrawiam 🙂
„Chciałbym pomagać ludziom po prostu. Stworzyć miejsce, które będzie domowe, w którym nie będzie tej presji wielkiego studia, nie będzie presji pieniężnej (…)”.
FINE TUNE: Może przeczyta 😉
FISMOLL: Wątpię (śmiech). W każdym razie chciałbym pomagać ludziom po prostu. Stworzyć miejsce, które będzie domowe, w którym nie będzie tej presji wielkiego studia, nie będzie presji pieniężnej, że kurczę godzina kosztuje ileś tam złotych. Nie wiem ile kosztuje w studiach. Chciałbym wymyślić coś innego. Chciałbym wymyślić umowę, która na przykład mówi, że „Nagraj to w ciągu dwóch miesięcy np. i bądź tutaj. Umawiaj się ze mną kiedy potrzebujesz, kiedy poczujesz”. Chciałbym pomagać tym ludziom w aranżacji, bo to jest moim zdaniem jedyna rzecz w muzyce dzisiaj, która już jest bardzo mocno wtórna. Trudno jest wymyślić coś nowego, coś czego jeszcze nie było, z tego względu, że podstawy harmoniczne, które już istnieją, tak naprawdę od wieków, powtarzają się przez cały czas, bo do nich się przyzwyczailiśmy. Nie jesteśmy w stanie słuchać czegoś innego, chyba, że bardzo chcemy np. jakiegoś jazzu skomplikowanego, czy atonalnej klasyki. Moim zdaniem w aranżacji tkwi coś, co można nazwać „nowym”. Można wymyślić jakieś harmonie, jakieś brzmienia.
Kiedyś napisałem takiego posta na Facebooku, że chciałbym pomagać ludziom nagrywać. Napisało do mnie 700 osób. Napisały też dziewczyny, które np. pisały, że: „Cześć. Tutaj Kasia. Mam 13 lat i chciałabym nagrać cover Beyoncé”. Ja nie zlewam nigdy takich ludzi. Okej, jest młoda, mówię: „Ok, wow, super fajnie. Niech se śpiewa”. Ja byłem w tym samym miejscu i zawsze wtedy posłucham, powiem co można by zmienić itp. Aczkolwiek interesują mnie przede wszystkim autorskie projekty, bo tego jest dużo. Dużo jest pięknej muzyki, która ma od 3 lat 130 wyświetleń na Youtubie i jedynym problemem dlaczego to nie wychodzi dalej jest to, że facet ma po prostu problem – jest nieśmiały. Nie ma wielu kolegów, którzy słuchają takiej muzyki i on sam się boi rozmawiać przez telefon, albo np. coś napisać, otworzyć się. A robi piękne rzeczy i właśnie na takich ludziach w dużym stopniu chciałbym się skupić, którzy też mają w tym jakąś misje. No zobaczymy. Kupiliśmy płyty OSB, wełnę mineralną. Będzie pachnieć drewnem w tym miejscu. Będzie taki mały las. Zobaczymy, jak to wyjdzie 🙂
„Trudno jest wymyślić coś nowego, coś czego jeszcze nie było, z tego względu, że podstawy harmoniczne, które już istnieją, tak naprawdę od wieków, powtarzają się przez cały czas, bo do nich się przyzwyczailiśmy”.
FINE TUNE: Życzę powodzenia! 🙂 Będziemy już kończyć, bo niedługo wychodzisz na scenę. Masz jakiś stały element w trasach koncertowych, którego nie może Ci zabraknąć?
FISMOLL: Ludzie z którymi gram, przede wszystkim, i słuchawki. To są takie dwa nieodłączne elementy, jakkolwiek mówiąc „elementy” nazywam nimi ludzi (śmiech). To trochę źle brzmi. Lubię porozmawiać, ale lubię się też zaszyć po prostu w swoim świecie i mam takie śmieszne przyzwyczajenie, że każda trasa niesie ze sobą nowy album, którego słucham przez cały czas trwania tej trasy. Teraz np. słucham Williama Fitzsimmonsa „Pittsburg” – jego najnowsza płyta. Piękna rzecz. Fitzsimmons leczy totalnie człowieka, uspokaja i dobrze jest tego posłuchać przed koncertami, jak się jedzie przez cały czas i zatrzymuje się na stacji, pali papierosa, kupuje Red Bulla żeby nie spać, żeby w sumie ożyć trochę, ale i tak dalej idziesz spać (śmiech). Tak już się złożyło, że tak mam i jestem za to wdzięczny, bo nie chciałbym inaczej żyć.
FINE TUNE: Na pewno go posłucham 🙂 To powodzenia na koncercie i dzięki za wywiad!
FISMOLL: Dzięki wielkie 🙂
Rozmawiała: Nela Grabowska
O autorze:

- Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.



