[RECENZJA] Animators – „The Universe”

Animators to zespół z Sosnowca grający alternatywnego rocka z elementami elektroniki i hardcorowym szlifem. Recenzujemy ich najnowszy album „The Universe”.

animators cd2

ANIMATORS TO ZESPÓŁ Z SOSNOWCA GRAJĄCY ALTERNATYWNEGO ROCKA Z ELEMENTAMI ELEKTRONIKI I HARDCOROWYM SZLIFEM. RECENZUJEMY ICH NAJNOWSZY ALBUM „THE UNIVERSE”.

„The Universe”, czyli wszechświat, wszechbyt, wszechistnienie. W tej nazwie zawiera się wszystko to, co ludzkość jest i była w stanie doświadczyć na przestrzeni wieków i tysiącleci. Taką też tematykę albumu obrali Animators. Zajmując się problemami ludzkiej egzystencji na planecie Ziemia, zespół chcąc nie chcąc, pokazuje nam jak nieznaczącym punktem jesteśmy w całym kosmosie. Czy nasze rozterki i nieszczęścia mają jakieś znaczenie dla kogoś, gdzieś w układzie słonecznym? Nie wiemy, ale pocieszająca jest myśl, że może nie jesteśmy sami w tym ogromnym uniwersum, ponieważ w innym wypadku byłoby to niezwykłe marnotrawstwo przestrzeni.

11077854_913892968643022_471622391_n

Animators charakterem swojej twórczości ocierają się o takie (zaangażowane w bolączki współczesnego świata) grupy jak Muse, czy Thirty Seconds To Mars. Ich podobieństwo do wymienionych zespołów słychać nie tylko w stylu tworzenia, brzmienia i prowadzenia utworów, ale także w tekstach piosenek. Ta rozpoznawalna estetyka ujawnia się w momentach wzrastającego dramatyzmu i budowanego przez artystów napięcia. Melodie na „The Universe” są soczyste, tempo wartkie, partie gitar potrafią zabrzmieć groźnie i agresywnie, a mroczna elektronika dodaje dreszczyku emocji. Wokal natomiast staje w kontraście do instrumentów, wybrzmiewając łagodną i miękką barwą. Głos Bartosza Bednarczuka dobrze wkomponowuje się w utwory, które mają głębsze przesłanie, ponieważ wokalista tak nim modeluje, aby akcentować największy tragizm z należytą rozpaczą. Wydaje się, że z wielką swobodą przychodzą mu wysokie, histeryczne wręcz partie w stylu Matthew Bellamy’ego, czy Jareda Leto.

„Płytę „The Universe” charakteryzuje wyraźna depresyjność, której smutek przejawia się w drapieżny sposób. Wola walki i bunt przeciwko rzeczywistości znajduje swoje odzwierciedlenie w ciężkich hardcorowych riffach i wwiercającej się w głowę, ponurej elektronice”.

Na tym wydawnictwie nie brakuje także bardziej spokojnych i refleksyjnych utworów, a nawet jednego całkowicie instrumentalnego, będącego swoistym przerywnikiem przed kolejnym wybuchem elektronicznej burzy gniewnych dźwięków. Mowa tutaj o „Stereophonic Society”, który przywodzi mi na myśl utwór „Isolated System” z ostatniej płyty Muse zatytułowanej „The 2nd Law”. Jest to refleksyjna kompozycja, która pozwala zagłębić się w strumień własnych myśli, ale jest w niej także coś niepokojącego, co sprawia, że złowrogi klimat albumu pozostaje podtrzymany. Szczególną uwagę zwróciłam na tytułową piosenkę „The Universe”, ponieważ od 3:40 minuty wprowadzona zostaje do niej wiadomość, wygłaszana przez dziennikarza, o śmierci Johna Lennona. Potworny wydźwięk tego komunikatu zostaje spotęgowany poprzez narastające tempo i przenikliwość dźwięków gitary w tle, która dodaje sytuacji jeszcze więcej makabryczności. W tej chwili dreszcz przeszedł mi po całym ciele, zostawiając mnie z uczuciem beznadziejności, towarzyszącym mi za każdym razem, kiedy pomyślę o wybitnej jednostce ginącej śmiercią tragiczną.

Foto: fb.com/AnimatorsOfficial
Foto: fb.com/AnimatorsOfficial

Płytę „The Universe” charakteryzuje wyraźna depresyjność, której smutek przejawia się w drapieżny sposób. Wola walki i bunt przeciwko rzeczywistości znajduje swoje odzwierciedlenie w ciężkich hardcorowych riffach i wwiercającej się w głowę, ponurej elektronice. Całość pozostawia po sobie wrażenie ciężkie do zdefiniowania, podszyte jakimś nieokreślonym lękiem. Niestety czuć, że czegoś tutaj zabrakło, kluczowego elementu, który podtrzymałby zainteresowanie utworami na dłużej. Możliwe, że to wina silnego podobieństwa do zespołu Muse, które sprawiło, że nie odebrałam tego albumu z wielkim entuzjazmem, wręcz odwrotnie, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że podrabianie czyjegoś stylu jest wysoce nieeleganckim zabiegiem. Takie podejście do tworzenia muzyki może przynieść bardziej lub mniej zadowalające efekty, ale kiedy „inspiracja” zaczyna zbyt wyraźnie wybijać się ponad własny charakter grupy, wtedy niechybnie zostaje zatracona iskierka oryginalności.

Na „The Universe” spotykamy się właśnie z takim zjawiskiem. Moim zdaniem Animators nie wykorzystali w pełni swojego potencjału i możliwości, zamiast tego stworzyli album, przy którym słuchacz co chwilę doznaje déjà vu. Wielka szkoda, ponieważ gdyby włożyli w ten krążek więcej z siebie, ich materiał na pewno zyskałby na atrakcyjności, gdyż talentu nie można im odmówić.

Ocena: 6/10
Nela Grabowska

O autorze:

Nela Grabowska
Nela Grabowska
Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.