[RECENZJA] MAGISTER NINJA –
„ZOMBIE EX” (RAP/ROCK)

Magister Ninja to łódzki zespół grający w stylistyce rap/rock. Recenzujemy ich najnowszy album „Zombie ex”.

SAM_8271

MAGISTER NINJA JEST ŁÓDZKIM ZESPOŁEM GRAJĄCYM W STYLISTYCE RAP/ROCK. RECENZUJEMY ICH KOLEJNY ALBUM, WYDANY WŁASNYM SUMPTEM „ZOMBIE EX”.

Dawno nie trafiłem na tak „swojską” produkcję muzyczną. Biorąc do ręki płytę ma się wrażenie natychmiastowego kontaktu z artystami tworzącymi album. W środku znajdziemy ich fotki z ksywkami i obszernymi podziękowaniami. Całą środkową część wypełniają kolejne podziękowania, tym razem dla słuchaczy. Okładka i nazwa płyty jak z zupełnie innej stylistyki. Dane kontaktowe zawierają telefony do muzyków, ich maile w domienie wp.pl, a zespołowy mail stoi na gmailu. Większość kawałków na płycie została zarejestrowana w kolaboracji z innymi składami. Chciałoby się powiedzieć, co to za zespół i kto mi wciska tę amatorkę do recenzji? Ale po posłuchaniu całego „Zombie Ex”, wszystko zaczyna łączyć się w jedną, przyjazną i bezpośrednio obcującą ze słuchaczem całość.

Piosenki potrafią często zrobić małą przerwę i nagle wykonać obrót o 360 stopni w kierunku innego gatunku muzycznego, po to żeby ostatecznie powrócić do wcześniejszego tonu.

„This is a journey into sound” – tymi słowami rozpoczyna się płyta. Ja dodałbym jeszcze słowo „nostalgia”, bo musicie wiedzieć, że całe wydawnictwo to jedno wielkie nostalgiczne mixtape dla osób pamiętających słuchanie muzyki na walkmanach. W zasadzie większość utworów trzyma się we wcześniej wspomnianych ryzach rapu/rocka, natomiast każdy osobny track to ukłon w stronę jakiegoś fascynującego przeżycia muzycznego rodem z podstawówki, czy gimnazjum. Kompozycje często brzmią nieco wymuszenie, zupełnie nie pasują w nich bardzo słabiutkie kobiece wokale, które wybijają się ponad daną stylistykę. Piosenki potrafią często zrobić małą przerwę i nagle wykonać obrót o 360 stopni w kierunku innego gatunku muzycznego, po to żeby ostatecznie powrócić do wcześniejszego tonu. To absolutny miszmasz, odkrywający braki w talencie operowania instrumentami muzycznymi.

Ogólnie myślę, że muzycy z Magister Ninja mają znacznie więcej entuzjazmu i energii rozrywającej ich od środka, niż rzeczywistego talentu do tworzenia kompozycji i piosenek. A jednak album bardzo mi się podobał, świetnie się przy nim bawiłem i definitywnie zapałałem do niego przyjaznym uczuciem. Muzycy mocno siedzą głowami w latach 90-tych, co przejawia się w tekstach ocierających się przede wszystkim o wspominki z dawnych czasów, ewentualnie zapodających jakiś najntisowy rebel song („Radio Padło”).  Anglojęzyczne sample, sposób programowania, teksty, produkcja muzyczna – wszystko przypomina kapele z wczesnych czasów młodzieńczych, co być może w obecnych czasach jest strzałem w kolano (w dobie EDMów i przeprodukowanych indie rocków), ale nadaje zespołowi takiej niepowtarzalnej otoczki, sprawiającej że płyta  chociaż trochę spodoba się każdemu w wieku 25-34 lata.

Moim absolutnym faworytem jest kawałek „InspiGRAcje”, którego każde słowo sprawiło mi frajdę. Utwór o kwintesencji lat młodzieńczych każdego chłopca dojrzewającego w latach 90-tych, czyli o czasach panowania Szaraka AKA Playstation. Właśnie dzięki takim wspominkom będę polecał wszystkim tę płytę. Bo od czasu do czasu można obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jak dużo zmieniło się w naszym życiu. To samo z kolejnym kawałkiem „Rec.”, który pachnie dawną techniawką z prostej drummaszyny, folk disco-polowym refrenem i ogólnym feelingiem czasów, które już nie wrócą.

Taka właśnie dziwna jest ta płyta. Jak mixtape z napisem „dobre rap-rocki 1995”.

Na płycie znajdziemy jeszcze kilka eksperymentów, np. amerykańsko-rapowy „Profeat”, noise’owy „Szum z tętniącej skroni” i do bólu klasyczne hip-hopowe poważne rymy o dawnych czasach („Pytania”), gdzie w końcu jako tako pasuje kobiecy wokal, zapętlona i wystukana „Felona”, a także „Crazy Ninja DJ (skit)” nieco w stylu Briana Eno. Warto też wspomnieć o bardzo dobrym, bonusowym utworze „Drzwi”.

Taka właśnie dziwna jest ta płyta. Jak mixtape z napisem „dobre rap-rocki 1995”. Pełen nostalgii, patentów muzycznych, których już dziś się nie stosuje, z chwilami nieco rozjeżdżającymi się kompozycjami. Ale przynajmniej czuć, że to prawdziwy longplay, bo trwa 53 minuty i pozostawia uczucie spełnienia po przesłuchaniu, a nie ten wkurzający niedosyt, który każe wyczekiwać każdego kolejnego singla od danego artysty i każe sobie za niego zabulić. Polecam wszystkim 20/30 – parolatkom, żeby przypomnieli sobie fajne czasy i przy okazji zobaczyli, że nie tylko oni tęsknią za tym, co było. A kto wie, może z czasem retro będzie wracać w nieco mniej hipsterskiej formie, niż obecnie i znów będziemy mogli poczuć się tak „cool” jak wtedy? Ocena końcowa subiektywnie naciągnięta.

7=/10
Kuba Styczyński

O autorze:

Jakub Styczyński
Jakub Styczyński
Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.