[RECENZJA] CALL THE WOLF „SKIP THE END. WE PREFER BEGINNINGS”
Recenzja epki warszawskiego zespołu Call The Wolf „Skip the end. We prefer beginnings”.

CALL THE WOLF TO WARSZAWSKI BAND GRAJĄCY ALTERNATIVE ROCKA. RECENZUJEMY ICH EPKĘ „SKIP THE END. WE PREFER BEGINNINGS”.
Wezwijcie wszystkie watahy wilków alternatywnego grania. Te z Warszawy, Krakowa, Poznania, Wrocławia, Gdańska, z całej Polski. Na pewno odpowiedzą na wezwanie. Pomimo późnej pory na tarczy słonecznej, wskazującej bliskie spotkanie z północą, piszę dla was recenzję bardzo interesującego krążka warszawskiej formacji Call The Wolf, reprezentującej alternatywne podejście do rocka. Jest to o tyle ciekawe spojrzenie na muzykę, iż przykuło moją uwagę. A nie wszystko, co branduje się znakiem alternative rock, przyciąga moją uwagę.
Powodów jest kilka. Przede wszystkim jest to EPka, która z powodzeniem może być zaczątkiem równie intrygującego longplay’a. Cztery utwory powodują muzyczny niedosyt, bowiem ktoś urwał historię w połowie i nie dowiem się, co było dalej. Otwarte zakończenie rodem z „Kordiana”? Bardzo możliwe. I to w czterech aktach, stanowiących osobne historie. Każdy z rozdziałów zarejestrowanego materiału ma swój smak – jest budujące napięcie wprowadzenie, które przypomina mi tak ukochane przeze mnie skandynawskie kryminały. Muzycy budują apetyt stopniowo, niczym wytrawny podrywacz – nie atakują z góry, natłokiem dźwięków, wprawiając w ogłupienie. Doskonale wyćwiczone uwodzenie zmysłu muzycznego, przejawiające się w przeplataniu żywych refrenów z spokojnymi zwrotkami. Numer „Mr.Wolf” zdaje się być hołdem dla żywota pewnego mężczyzny, który przez swój tryb życia nie skończył dobrze. Tak jak piosenka faluje swoim nastrojem, tak falowało jego życie, by zakończyć się w długim przebłysku ściany dźwięku na sam koniec.
„Muzycy budują apetyt stopniowo, niczym wytrawny podrywacz – nie atakują z góry, natłokiem dźwięków, wprawiając w ogłupienie.”
I wtem, ktoś wchodzi do pubu, zmierzając prosto do kapeli zastygłej na scenie z nudów. Krótka prośba o kawałek i jest… jest „Hysteria”!. Powolny numer do szklanki alkoholu, przy wieczorze wspomnień. Tak jak strugi procentowego płynu, który barman przelewa z jednego szkła do drugiego, tak po linii melodycznej rozlewa się wspaniała praca gitar. Gdzieś z tyłu głowy pijącego dudnią myśli perkusji, a rytm serca wyznaczają miarowe pomruki basu. Tylko sam posmak alkoholu pali, ściera język i gardło, dokładnie tak jak ma to miejsce z charakterem wokalu tego kąska – cierpki, do bólu prawdziwy, lekko znużony rzeczywistością, uderzający szybko do głowy i kończący się wraz z dnem szklanki. Tak jak ta piosenka.
Oczywiście, dalsze rozdziały obfitują w skoczniejsze minuty. Miejscami post-rockowy „To Lose Temptation” jest wyhamowaniem w stosunku do koktajlu różnorodności poprzedniczek. Wprowadza zamierzone zgrzyty i uspokaja fale mózgowe, przygotowuje na niechybny koniec krążka. Prawdopodobnie, bo można pokusić się o przewidywanie, materiał zakończy się równie gwałtownie, jak się zaczął. Przecież wszystko na tym Świecie jest stworzone do skończenia, policzalne w długości trwania – również i ta EPka. I ostatecznie, panowie z Call The Wolf nawołują do zachowania spokoju w obliczu pożegnania z dźwiękami. „If you stay calm” to łagodne wyjście z jakże krótkiego materiału warszawskiej formacji alternatywy. Pożegnanie w dobrym, rockowym stylu, z dużym powiewem awangardowego podejścia do muzyki.
Czymże jest to skromne, bo tylko cztero-stopniowe dzieło? Na pewno pomieszaniem, jednak nie bezmyślnym przeplataniem się. Każda z warstw ma dostęp do kolejnej, ale tylko w jednym kierunku. Wchodząc na kolejne poziomy doświadczeń, muzyka odznacza się na nas całkowicie inaczej, a zespół zmienia… no zmienia wszystko. Manierę, dozę stylu, rytmu, pomysłu. Wszystkie cztery kąski można i trzeba traktować jako jedno, co nie przekreśla możliwości rozpatrywania ich jako osobne byty. Różne charaktery, połączone w całość. Coś zupełnie niezrozumiałego i wręcz niemożliwego do pogodzenia, prawda? A co jeśli powiem wam, że cała EPka jest wielowarstwowym drinkiem, a każdy utwór z osobna to inny rodzaj alkoholu? Czujecie te smaki, ciężar i lekkość? I stały się czary, bowiem zamieniłem na waszych oczach i uszach materiał muzyczny w prawdziwy drink muzyczny. Do dna, za jednym haustem!
9/10
Kamil Karpiuk
O autorze:
- Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.



