[RECENZJA] LEE LA LOA –
„LITTLE LOVE STORY EP”
Recenzja „Little Love Story EP” zespołu Lee la Loa.

POLSKIEJ SCENIE MUZYCZNEJ BRAKUJE ŚWIEŻEGO MATERIAŁU, KTÓRY SWOIM CHARAKTEREM I BARWĄ BĘDZIE NAWIĄZYWAĆ DO SPRAWDZONEGO ROCKA LAT 60., W DODATKU Z TAK CHARYZMATYCZNYM GŁOSEM URODZIWEJ WOKALISTKI. EPKA WROCŁAWSKIEJ FORMACJI LEE LA LOA TO MATERIAŁ IDEALNY NA NADCHODZĄCE DNI PEŁNE SŁOŃCA.
W kręgach wpływów wrocławian znajduje się szeroko pojęty indie rock, nie obce są im również blues’owe barwy zakradające się do gitar i wreszcie lekka inspiracja Laną Del Rey, jeśli chodzi o głos wokalistki. Jednakże, przede wszystkim i ponad to – magia, która oplotła moje uszy, pochodziła właśnie od wokalu. Niesamowitego i głębokiego głosu, który wibrował i uwodził mnie przez jakże haniebnie krótką EPkę.
Przesłuchanie materiału rozpaliło we mnie miłość do gitary przepuszczonej przez efekt rotary speaker.
Tytułowy kawałek wita nas wolnym, niemal lepkim tempem, pełnym procentowej dawki melancholii. Bluesowe barwy towarzyszą wokalowi – spokojnemu, ciepłemu, o lekko zmęczonej barwie. Linia melodyczna odbiega stylistycznie od tytułu, sugerującego słuchaczowi spokojne, acz romantyczne historie zawarte w dźwiękach. Długa podróż do sentymentów nieudanych miłości. W podobnym tempie utrzymany jest „Nowhere”. Przesłuchanie materiału rozpaliło we mnie miłość do gitary przepuszczonej przez efekt rotary speaker. Usłyszycie go na każdym kroku – przeważa, barwi ale nie dominuje. To charakterystyczne wrażenie wirowania dźwięku, z lekko wibrującym brzmieniem. Dla kontrastu wokal przebija się czystymi partiami o ciągnącym się w przestrzeni charakterze. Całość splata się w mroczną opowieść z (jako poważny grunge man, zaryzykuję to stwierdzenie) grunge’owym zacięciem. Nieco surowe, ale piękne w prostocie stworzenia.
To charakterystyczne wrażenie wirowania dźwięku, z lekko wibrującym brzmieniem. Dla kontrastu wokal przebija się czystymi partiami o ciągnącym się w przestrzeni charakterze.
Zdecydowanie i bez dwóch zdań, faworytem materiału jest „Purple Sky” – cudownie melodyczne i rozmyte w czasie brzmienie, które profesjonalizmem urzeka od pierwszych sekund. Po raz kolejny poddaje się głosowi, poruszającemu na zmianę głębokie i ciemne tony, przeplatane przez delikatne zaśpiewy w refrenie. Razem z pracą instrumentów, rzeczona piosenka osadza się głęboko w umyśle, odpręża przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Osobiście nie raz odpłynąłem przy „Purple Sky”, uśmiechając się serdecznie, bo piosenka smakuje słonecznym charakterem „West Coast”, przytaczanej wcześniej Lany.
W kilku słowach, będącymi moją pieczątką jakości – rzeczona EPka prezentuje niesamowicie wyszukany smak muzyczny. Przydymione brzmienie z wnętrza duszy, karmione niesamowicie intrygującym wokalem, daje nadzieje na więcej materiału w przyszłości. Lee la Loa wypełniło omawianym krążkiem lukę w polskiej scenie muzycznej, potrzebującej bujająco – kojących brzmień. Jeszcze więcej animuszu dodaje fakt, iż październik będzie stał pod znakiem wydania pełnoprawnego albumu od wrocławskiej formacji.
9/10
Kamil Karpiuk
O autorze:
- Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.



