Recenzja: Charlie Monroe
„Made in Holland” EP
Charlie Monroe to funk-rockowe męskie trio ze Szczecina, które przeniosło swoją działalność do Holandii.
Charlie Monroe to funk-rockowe męskie trio ze Szczecina, które przeniosło swoją działalność do Holandii.
To właśnie tam, w studiu niedaleko Amsterdamu, został zarejestrowany materiał na ich nową epkę zatytułowaną „Made in Holland”. Album zawiera pięć zróżnicowanych gatunkowo utworów o przeważająco rockowym brzmieniu, ale w poszczególnych piosenkach wzbogaconych elementami bluesa, funku, a nawet muzyki psychodelicznej.
Przyglądając się tytułom kawałków (Future, Flying Dutchman, I See Dead People, Lazy Day, Time Bandit) można stwierdzić, że autorzy krążka zawarli na nim tematykę związaną z przemijaniem czasu. Wobec tego warto zadać pytanie, czy blisko 20 minut spędzonych w towarzystwie twórczości panów z Charlie Monroe nie będzie czasem straconym? Otóż, po części tak, ponieważ panowie cofają się do ery inwazji brytyjskiego rocka, czerpiąc inspirację z takich gigantów tego gatunku jak The Who, The Rolling Stones, czy The Kinks, a więc prawdziwie szanujący się fan klasycznego rocka nie znajdzie na tej epce nic nowego.
Nie można jednak nie docenić szczecińskiego trio za wysiłki w naśladownictwie – plusy tej płyty to na pewno smętny i melancholijny wokal, który wprowadza słuchacza w stan depresyjnego transu. Dlaczego można uznać to za coś pozytywnego? Ponieważ już od pierwszych dźwięków słuchacz zaznajomiony z muzyką rockową dobrze wie, czego może się dalej spodziewać, a partie wokalne, które nie odbiegają stylem od klasyki gatunku i niczym szczególnym się nie wyróżniają, pozwalają coraz głębiej zapaść się w emocjonalne odrętwienie. Nie twierdzę, że na płycie brakuje emocji, ale są one przedstawione w powierzchowny i monotonny sposób, który nie pozwala na utożsamienie się z podmiotem lirycznym. Próbując zinterpretować postawę wokalisty ciężko jest ocenić czy jest ona wyrazem jakiegoś buntu czy zwykłego niedopracowania materiału i lenistwa, a może braku talentu?
Niewątpliwie płytce „Made in Holland” brakuje osobowości i jakiegoś oryginalnego pazura, gdyż wtórność tego wydawnictwa aż boli. Połowa utworów jest instrumentalna, ale i tak nie ratuje ich to przed marazmem, ponieważ tak jak zaznaczyłam na początku, muzycznie ta płyta nie wnosi nic nowego. Warstwa liryczna piosenek jest bardzo oszczędna, wręcz ascetyczna, co sprawia, że słuchacz nie ma właściwie żadnej możliwości utożsamienia się z uczuciami autorów. Reasumując: jednorazowe poświęcenie 20 minut Twojego cennego czasu na tą epkę pozwoli w dotkliwy sposób odczuć nieuchronność przemijania. Seize the day, słuchaczu!
Nela Grabowska
O autorze:

- Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.




