fot. Tomasz Czabatul

[WYWIAD] ELIK PLICHTA: Radiowiec nie może być zakochany w sobie

Do świata radia wszedł przez przypadek. Na początku trafił Radia Akademickiego Kraków. Dziś jest jednym z redaktorów międzynarodowej redakcji niemieckiego Radia Darmstadt – Elik Plichta.

FINE TUNE: Spotkanie powinnam rozpocząć od ”Guten Tag” czy ”Dzień dobry”?

Elik Plichta: Dzisiaj z pewnością od ”Dzień dobry”.

Czy praca w radiu to było od zawsze twoje największe marzenie?

To był przypadek… Studiowałem w Krakowie. Kiedyś przed zajęciami zobaczyłem budynek Radia Akademickiego Kraków. Jak każdy w latach 80-90. słuchałem namiętnie radia, więc postanowiłem wejść do ich siedziby. Otwarto mi drzwi. Moje pierwsze wrażenie – wszedłem do ula. Było mnóstwo pięknych dziewczyn, goście palący papierosy, wszyscy krzyczeli i się śmiali. To był niesamowity obrazek!

Nikt nie zauważył, że przyszedł ktoś nowy?

Podszedł do mnie taki chłopak i zapytał, skąd jestem. Odpowiedziałem, że z AGH. Usłyszałem: ”Dziś jest bardzo ważna konferencja Akademii Górniczo- Hutniczej, zrobisz z tego relację”. Pomyślałem, że żartuje, więc uśmiechnąłem się i nie potraktowałem tego poważnie. Przedstawił mnie w redakcji, zaprowadził do newsroomu i pokazał studio. Zobaczyłem już wszystko, chciałem się pożegnać…. I w tym momencie ten chłopak przyniósł mi kasetowego Marantz’a, który ważył chyba ze dwadzieścia kilo. Zacząłem mu tłumaczyć, że jestem tu przez przypadek i nawet nie potrafię obsługiwać tego sprzętu. ”Poradzisz sobie. Też idę na uczelnię, to po drodze ci wytłumaczę – to nie jest nic strasznego!”. Tematem konferencji było nawiązanie współpracy AGH z jakąś wielką czeską hutą. Po drodze na uczelnię przeczytałem informacje dotyczące tego wydarzenia. Pomyślałem – mam być przyszłym inżynierem, ale nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego postanowiłem pójść do profesora, który miał wystąpić podczas tej konferencji…

Profesor przetłumaczył ci naukowy język na bardziej zrozumiały?

To była świetna historia – wtedy po raz pierwszy poczułem moc mediów. Wszedłem do gabinetu, przedstawiłem się i powiedziałem, że jestem z radia. Pani sekretarka wstała na baczność i powiedziała: ”To może kawy albo koniaku? A ja za moment pójdę po profesora”. Przyszedł profesor, zadałem mu pytanie – ale dalej nic z tego nie rozumiem. Ośmieliłem się mu przerwać i powiedziałem: ”A mógłby pan mi to wytłumaczyć tak, jakby mówił pan do swojej żony?”.

To mogło urazić żonę profesora i inne kobiety…

Profesor śmiał się jak małe dziecko. Wyjaśnił mi to jeszcze raz na spokojnie. Wreszcie dowiedziałem się, na czym polega sukces tej metody. Mając już ten materiał, poszedłem na konferencję prasową. Tam przeżyłem szok. Było mnóstwo dziennikarzy; Telewizja Publiczna, RMF, Jedynka

Magia mediów zaczęła działać.

Byłem w szoku! Zapytałem chłopaków, którzy siedzieli obok, o co w tym wszystkim chodzi. Usłyszałem: ”No wiesz, na konferencje do rektora Handkego przychodzi się zawsze, bo jest Tokaj i dobre żarcie”. Po konferencji oczywiście wszyscy dziennikarze rzucili się z pytaniami do Profesora, ojca sukcesu. Z tego względu, że byłem z radia akademickiego, rektor zaprosił mnie jeszcze na spotkanie w gabinecie. Radio akademickie było wtedy jego wielką dumą. Po rozmowie z profesorem byłem już doskonale przygotowany do tematu, więc w gabinecie mogłem zadać gościom wiele pytań. Spędziliśmy tam dwadzieścia minut. Później oni musieli gdzieś jechać… Kiedy wychodziliśmy, to te wszystkie flashe były skierowane w naszą stronę, a ja oczywiście wyszedłem z tym swoim Marantz’em (śmiech). Dziennikarze oczywiście chcieli jeszcze zadawać pytania…. Handke odpowiedział im tylko, że nie ma czasu i jeśli są zainteresowani tą sprawą, to zaprasza do wysłuchania materiału w Radiu Akademickim Kraków.

Musiałeś teraz wrócić do radia i zmontować materiał.

Trafiłem na technika, który był takim samym wariatem jak ten, który wysłał mnie na tę konferencję. Gość przesłuchał to i zdecydował, że trzeba pociąć materiał. A wtedy taśmę cięło się jeszcze skalpelem. Wszystkiego uczyłem się w tym radiu. Moje pierwsze: ”yyyyy” na nagraniu miało pięćdziesiąt centymetrów. Później używając niecenzuralnych słów, powiedział mi, że jak tak dalej będę mówić, to urwie mi łeb. Bo on nie ma zamiaru tego ciąć (śmiech).

Materiał pojawił się wreszcie w radiu?

Po skończeniu montażu wyszło osiem albo dziesięć minut tego materiału. Szef Bogdan Ingersleben powiedział wtedy: ”Nie ma mowy! Mają być dwie minuty, maksymalnie trzy”. Zaczęliśmy to ciąć jeszcze raz. Skróciliśmy na sześć minut. Usłyszałem od technika, że już kompletnie nie wie, co tam ma wyciąć… Kazał mi iść z tym materiałem do Bogdana. Szef przesłuchał, rzucił taśmę serwisantom i powiedział, że idzie całość. I jak on to powiedział, to ludzie z newsroomu zaczęli się na mnie gapić. Rozmawiali między sobą: ”Kto to jest? Facet przyszedł z ulicy, a Bogdan puścił jego cały materiał” I tak zacząłem prace w radiu!

Zaczęło się sukcesem, ale na pewno nie zawsze było tak łatwo i przyjemnie… Jaka była twoja największa radiowa wpadka?

Mam coś takiego, że jeśli nie jestem dobrze przygotowany i czuję, że rozmowa się nie uda, to ja jej po prostu nie robię. Jeśli chodzi o wpadki, to tutaj w Radiu Darmstadt miałem kiedyś taką zabawną sytuację. Z okazji Roku Chopinowskiego wymyśliłem sobie, że będę prezentować fragmenty jego życiorysu. Nie miałem czasu tego nagrywać, więc to odbywało się na żywo. I przy jakimś fragmencie kompletnie się ugotowałem… Nagle zacząłem się śmiać. Oczywiście przeprosiłem słuchaczy, ale nie dałem rady do końca tego przeczytać.

Nie było żadnych konsekwencji?

Kompletnie nie. Kiedyś poznałem Valerie Geller – współpracowałem wtedy przy tworzeniu Radio Conference Poland. To ekspert, który przyjeżdża na porady do wielu stacji radiowych na całym świecie. To niezwykła, fantastyczna kobieta. Valerie Geller nauczyła mnie tego, że na antenie trzeba być zawsze sobą. Niby zwykła i wszystkim znana nauka – a jednak jeśli powie to taka specjalistka, to jakoś brzmi to lepiej. Powiedziała, że największy sukces na świecie mają ci prezenterzy, którzy mają bezpośredni kontakt ze słuchaczem. Jeśli jesteś przed mikrofonem, musisz sobie wyobrazić, że mówisz do konkretnej osoby. I wtedy, nawet kiedy czasem zaliczę jakąś wpadkę, zaśmieję się czy przejęzyczę, to ktoś przed odbiornikiem pomyśli: ”Ten gość jest taki jak ja” – a to likwiduje wszystkie bariery i wzbudza sympatię słuchaczy. Oczywiście nie tylko to wystarczy, trzeba być też kompetentnym. Dla mnie taką największą wpadką jest przekazanie informacji, które są nieprawdziwe. Nie wyobrażam też sobie nagrywania wejścia – to dla mnie zbyt sztuczne. Wpadki są według mnie też fajnym elementem tej radiowej układanki. Nawet nie wiesz, jaką mam frajdę, kiedy w jakiejś stacji nie włączy się komputer albo coś się zawiesi. Ludzie to lubią najbardziej.

Teraz pracujesz w niemieckim radiu – Radiu Darmstadt. Jak to się stało, że tutaj trafiłeś?

Miałem koleżanki, które pracowały w liniach lotniczych we Frankfurcie. W 2000 roku odbywały się tam targi książki, Polska była krajem partnerskim. Podszedł do nich gość, który zapytał, czy nie znają jakiegoś dziennikarza z Polski. Miał wtedy taki pomysł, żeby stworzyć tutaj redakcję międzynarodową. Dały mu namiary do mnie. Wiedziały, że wcześniej pracowałem w krakowskim radiu. Spotkaliśmy się, ”chemia” się zgadzała, więc postanowiliśmy zacząć wspólnie działać w tym kierunku, by coś razem stworzyć. Zgodziłem się pod jednym warunkiem – audycja miała być prowadzona w języku polskim. Na początku był z tym problem. Nie mogłem mówić w języku, którego niemiecka strona nie zrozumie… Niemcy mają swoje zasady, statuty – a ja przecież mogłem mówić na antenie różne rzeczy. Na szczęście rozwiązaliśmy ten problem. Moim argumentem było to, że wszystkie materiały są archiwizowane. Jeśli ktoś napisze skargę, to łatwo to będzie można sprawdzić, czy rzeczywiście moja audycja naruszyła kodeks dziennikarski. ”Musisz się dobrze przygotować do prezentacji swojego pomysłu. ”Gwarantuję ci, że jest u nas kilka osób, które mogą się na to nie zgodzić. Być może trzeba będzie tłumaczyć na niemiecki to, co powiesz na antenie. Bądź przygotowany na taką ewentualność!” – powiedział.

Przychodząc na to spotkanie, miałeś już jakąś wizję tego, jak będzie wyglądać ta polska redakcja?

Oczywiście! Byłem bardzo dobrze przygotowany i wiedziałem, co chcę stworzyć. Dostałem tę propozycję w czasach, kiedy w Niemczech Polacy wstydzili się mówić w języku polskim. Teraz jest zupełnie inaczej. Ludzie wiedzą, że my naprawdę nie mamy, czego się wstydzić. Mamy tu wiele Polaków. Mnie zależało na tym, by dzieciaki, które tutaj się rodzą miały jakiś dostęp do polskiego medium. Nie chciałem, by wstydziły się w szkole, że są gorsze. Nikomu niczego nie ukradłem, nikomu nic złego nie zrobiłem, więc dlaczego mam się wstydzić, mówić w ojczystym języku?! Podczas głosowania wszystkie głosy były za moim pomysłem. Detlev – człowiek, który zaproponował mi stworzenie polskiej redakcji – był zaskoczony takim wynikiem. Kompletnie się tego nie spodziewał.

Pracujesz w redakcji międzynarodowej. Jak to jest współpracować z dziennikarzami, którzy pochodzą z innych państw, mają różne zwyczaje i temperament?

Kiedy Włoch wybucha i krzyczy na kolegium redakcyjnym, to Polak ma zazwyczaj tego dość. Dla mnie to już nie jest jakąś przeszkodą. Wiem, że za moment ta gorąca atmosfera opadnie, a on dalej będzie moim kolegą. Tak sobie właśnie wyobrażam wspólną Europe. Tolerancyjną i różnorodną. My się wszyscy w radiu bardzo lubimy.

A co koledzy z twojej redakcji najbardziej kojarzą z Polską?

Ostatnio to chyba najbardziej wydarzenia ze sfery politycznej. Zawsze jak u nas jest gorąca atmosfera” na arenie politycznej, pytają: ”Co tak naprawdę dzieje się u ciebie w kraju?”. Zawsze się staram im to jakoś wytłumaczyć… Kiedyś Polska nie była tak często odwiedzana. Paryż, Barcelona – to były miasta, gdzie najchętniej ludzie spędzali weekend. Dzięki wejściu do Unii Europejskiej to wszystko się zmieniło. Coraz więcej ludzi chce poznawać Polskę. To pokazuje, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną.

Praca z niemieckimi dziennikarzami różni się bardzo od tego, co miałeś okazję poznać w Krakowie?

Wszytko oczywiście zależy od charakteru… Na samym początku współpracowałem z Niemcami, wyglądało to dość specyficznie. Niemcy traktowali radio jak salę operacyjną. Wszystko musiało być sterylne, absolutnie nie można było się przejęzyczyć i każda sekunda musiała być doskonale zaplanowana. Strasznie mi to przeszkadzało, ale na szczęście to już przeszłość. Teraz na przykład wspólnie w redakcji słuchamy swoich audycji (QM-Qualitätsmanagement) – oceniamy jakość, dynamikę, sposób wejść czy rozmów telefonicznych ze słuchaczami.

Masz tak, że wracasz do domu i myślisz sobie: ”A to powiedziałem jednak źle. Tego to kompletnie nie powinienem mówić. Co mi przyszło do głowy, żeby to tak powiedzieć?!”?

A to zawsze tak mam… (śmiech) Słucham swojej każdej audycji, żeby wyeliminować swoje złe nawyki. Zastanawiam się, czy nie powiedziałem jakiejś głupoty i ewentualnie wypadałoby sprostować ten błąd. Dla mnie to najlepsza szkoła. Radiowiec nie może być zakochany w sobie. Uważanie się za wielkiego geniusza nie prowadzi do sukcesu. Zresztą, czego sam nie wychwycę, to i tak słuchacze to wytkną.

Miałeś okazję spotkać takich, którzy uważali się za Bogów?

Tak, ale naprawdę rzadko. Ten zawód wymaga strasznej pokory wobec słuchacza.

Czy Niemcy to naród, który lubi słuchać radia?

Słuchają radia ( przede wszystkim podczas jazdy samochodem). Radio ma tutaj trochę inny charakter niż w Polsce. Radio informuje o korkach, o niebezpieczeństwie i robotach drogowych. Możesz mieć na antenie wywiad z Angelą Merkel, a na pewnym odcinku jest straszny wypadek, to wtedy musisz go przerwać i poinformować o tym słuchaczy. Niemcy słuchają radia po to, by nic ich nie zaskoczyło. Lubią być dobrze poinformowani.

W ich radiu jest jakiś element, którego w naszych stacjach nie można znaleźć? Może jakaś nowość?

Nie nazwałbym tego nowością. My zastanawiamy się, dlaczego Polacy coraz rzadziej uśmiechają się do siebie. Według mnie to wina agresji. Dzień Polaka zaczyna się podobnie jak dzień Niemca. Wsiada się do samochodu i jedzie gdzieś do pracy. Ale u nas w Polsce jesteśmy ”bombardowani” z każdej strony rozmową z politykami. To często ludzi tak mocno irytuje i doprowadza do skrajnych emocji. Radio ma być towarzyszem w tym trudnym dniu, który właśnie przed tobą. Masz dostać dawkę dobrej energii do działania. Polak ”na dzień dobry” dostaje „hot rozmowę”, która jest dynamiczna, agresywna i trwa dziesięć minut – ale to i tak wystarczy, by zepsuć mu humor na cały dzień.

Kto dla ciebie jest największą gwiazdą w radiu wśród niemieckich dziennikarzy?

Jeśli chodzi o mój region, w którym słucham radia, to na pewno taką osobą jest Jörg Bombach. Był wieloletnim szefem radia publicznego w Hesji. Dla mnie jest to młodszy odpowiednik naszego Wojciecha Manna, który swoimi audycjami doprowadzał mnie do fantastycznego humoru. Bombach prowadził piątkowe ”Morning Show”. Trochę żałuję, że nie ma tego programu na co dzień. To człowiek, który jest w stanie zaprosić całą orkiestrę dętą do studia, żeby po prostu się z nimi wygłupiać.

W Radiu Darmstadt macie redakcję Young Power, którą tworzą dzieciaki w wieku szkolnym. Uważasz, że to wcześniejsze poznanie pracy w radiu, daje tym dzieciakom większe szanse na osiągnięcie sukcesu w tym zawodzie?

To jest fantastyczne! Bo, nawet jeśli taki dzieciak nie zostanie dziennikarzem, to z pewnością to doświadczenie przyda mu się w szkole czy później w przyszłości. Oni podczas odpowiedzi ustnych na lekcjach są dużo lepsi od swoich rówieśników. Są pozbawieni tremy. Na przykład Gustavo – trzynastoletni chłopak z Brazylii – nie ma kompletnie problemu z tym, by podejść do kanclerz Niemiec i zadać jej pytanie. Byłem świadkiem, kiedy Szef Niemieckiego Przemysłu Motoryzacyjnego odpowiadał na pytania wielu dziennikarzy. Później podszedł do niego sam Gustavo i zapytał, czy zgodzi się odpowiedzieć na jego pytania. Usłyszał: ”Oczywiście! Z największą przyjemnością”. Facet, który jest w Niemczech jednym z najważniejszych ludzi zarządzających gospodarką, zgodził się. Do tego, po tym wywiadzie pochwalił go za to, co robi i poświecił mu jeszcze kilka minut na rozmowę – w momencie, kiedy w samochodzie czekał na niego cały wianuszek ludzi, by jechać gdzieś na spotkanie. Gustavo nawet zapytał mnie o to, czy nie mógłbym zostać jego mentorem. I wtedy pomyślałem sobie: ”Jezu, ten czas tak szybko leci!” (śmiech).

Ty też czegoś się od nich uczysz?

Przy tych dzieciakach uczę się takiego młodzieńczego wigoru. Kiedy widzę, z jakim zaangażowanie wykonują tę pracę, to muszę przyznać, że ta ich dobra energia naprawdę się udziela. Kiedy Gustavo chciał porozmawiać z Szefem Niemieckiego Przemysłu Motoryzacyjnego, najpierw podszedł do asystentki, która zajmowała się logistyką wywiadów, głównie telewizyjnych.Usłyszał, że kompletnie nie ma już czasu na taką rozmowę. Powiedziałem mu: ”Wyrzucają cię jednymi drzwiami, próbuj wejść oknem. Poczekaj, aż ona nie będzie stać obok niego i spróbuj bezpośrednio do niego zagadać. Zobaczysz – może się uda!” Tak zrobił i udało mu się zrobić z nim wywiad.

Zawsze, kiedy pytam osoby, które były w Niemczech o to, czy niemiecka muzyka przypadła im do gustu, to słyszę zazwyczaj: ”To chyba nie mój klimat”. Czy da się polubić świat muzyki naszych sąsiadów?

To chyba złe osoby pytasz… Mnóstwo Polaków zna się na niemieckiej muzyce, a co więcej jest ona przez nich naprawdę lubiana. Nie mówię tu tylko Rammstein czy gwieździe lat 80. – Ninie Hagen. Wielu współczesnych muzyków zdobyło sympatię wśród Polaków.

Jaki artysta tworzący muzykę popularną jest teraz na topie w Niemczech?

Mark Forster – artysta, który ma polskie korzenie, ale śpiewa w języku niemieckim. Pisze świetne teksty. W wywiadach chętnie rozmawia o tym, co lubi jeść, kiedy jest u rodziny w Polsce. Strasznie sympatyczny gość. Ma talent do pisania przebojów. Myślę, że właśnie teraz ma swój czas. Każdy jego singiel staje się przebojem – pewnie jest już multimilionerem. Zresztą w ostatnich kilku latach zauważyłem renesans śpiewania przez Niemców po niemiecku. Kiedyś wybierali angielski, bo wydawało im się, że ich język źle brzmi. Szukali samych minusów. Twierdzili, że te piosenki po niemiecku nie są dźwięczne… Ale jeśli mają rynek liczący ponad osiemdziesiąt milionów plus Austria i Szwajcaria – to z pewnością nie będzie problemu z zapotrzebowaniem na taką muzykę. Uwielbiam też Huberta Grönemeyer’a za jego teksty. To jest taka niemiecka wersja Grzegorza Markowskiego.

Czy był już jakiś polski artysta, który skradł serce niemieckiej publiczności?

No pewnie! Na przykład Artur Rojek z Myslovitz. Pamiętam te koncerty, kiedy byli supportem Iggy’ego Popa czy The Corrs. Byłem w szoku! Zazwyczaj, kiedy w Festhalle we Frankfurcie odbywa się koncert, to każdy support ma cholernie trudno. Zdobycie odrobiny uwagi ze strony publiczności jest wręcz niemożliwe. Ale wtedy z Myslovitz było zupełnie inaczej… Panowie wyszli na scenę, zaczęli grać pierwszy utwór i wśród Niemieckiej publiczności stało się coś niesamowitego – te rozmowy ucichły, a cała uwaga skupiła się na scenie. Niemcy byli w nich wpatrzeni do końca koncertu.

Dziewczyna z The Corrs powiedziała, że płyty Myslovitz słucha na okrągło. Byłem też na tym koncercie, gdzie grali przed Iggy Pop’em. No to tam już przychodzi specyficzna publiczność. Ale reakcja była podobna, tam też zachwycili publiczność. Zresztą, Iggy Pop był wściekły. Wszyscy ludzie pobiegli do busa Myslovitz. Iggy Pop’em i jego kapelą mało kto się wtedy zainteresował (śmiech). Kiedyś wracałem z nart w Dolomitach. Byliśmy już ze znajomymi w Szwajcarii i oczywiście w czasie jazdy słuchaliśmy radia. I nagle słyszymy w radiu: ”A teraz świeży powiew z Polski”. Dziennikarka zapowiedziała numer Myslovitz. Zjechaliśmy gdzieś na bok, wyskoczyliśmy z niego i zaczęliśmy tańczyć do ich utworu. Myslovitz miało tutaj naprawdę dobre recenzje. Jeden z dziennikarzy skrytykował tylko kiedyś Rojka za to, że śpiewa po angielsku. Stwierdził, że ta muzyka w języku polskim brzmi dużo lepiej. Jeśli polscy artyści chcą zaistnieć w Niemczech, to muszą pamiętać o bardzo ważnej rzeczy. Ich koncerty powinny odbywać się w renomowanych klubach. To naprawdę daje szansę na to, że szersze grono publiczności zwróci uwagę na ich muzykę. Na koniec wspomnę jeszcze o Ani Jopek. Niemcy ją kochają!

                                                                                                                                                                                                              Rozmawiała: Małgorzata Sawa

O autorze:

Gośka Sawa
Gośka Sawa
Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.