[WYWIAD] SAMBOR – Samotny wojownik

Mógł współpracować z producentem Britney Spears, ale uznał, że nie będzie pasować do świata gwiazd z okładek kolorowych magazynów. W świecie muzyki ma swoją wizję, o którą walczy niczym samotny wojownik – Sambor Kostrzewa

Mógł współpracować z producentem Britney Spears, ale uznał, że nie będzie pasować do świata gwiazd z okładek kolorowych magazynów. W świecie muzyki ma swoją wizję, o którą walczy niczym samotny wojownik – Sambor Kostrzewa.

fot. Małgorzata Sawa

FINE TUNE: Nadszedł wrzesień – koniec wakacji, dzieciaki wracają do szkoły… Pamiętasz, jak wyglądały twoje wakacje, kiedy byłeś dzieckiem?

Sambor: Jako dziecko sporo wyjeżdżałem z tatą – co najmniej dwa razy do roku gdzieś lądowaliśmy. Nad morzem, w górach albo na tzw. zagranicznych objazdówkach. Było intensywnie.

To pewnie nie miałeś wtedy czasu na muzykę…

S: Głównie zajmowaliśmy się zwiedzaniem – zamki, kościoły, zabytki… takie klimaty. Byłem dzieciakiem i najbardziej z tego wszystkiego cieszyły mnie łupy, jakie przywoziłem z tych wypraw. Pamiętam, że z wycieczki do Amsterdamu przytachałem ogromną książkę – antologię Beatlesów. Tata nie był szczególnie zadowolony z tego wyboru – musiał ją później przez cały dzień nosić. Jeszcze gorzej miał w Monachium – tam z kolei kupiłem sobie swój pierwszy, wymarzony mikser Behringera (śmiech).

Od dziecka byłeś fanem Beatlesów – co spowodowało, że taki 6-letni chłopiec chciał poznać świat ich muzyki?

S: Chyba te melodie na mnie tak działały… Świetne harmonie i coś zupełnie nowego, odkrywczego. Wcześniej nie byłem aż taki wkręcony w muzykę, chociaż pamiętam, że zdarzyło mi się kupować nagrania z muzyką… z filmów. ”Park Jurajski” i ”Terminator” to były moje pierwsze dwie kasety. Później przyszła właśnie wielka fascynacja muzyką Beatlesów – zaczęło się od ”Help!”, ale pokochałem właściwie każdy ich album. Coś, co bardzo doceniam w ich twórczości, to ciągłe poszukiwanie i pragnienie odkrywania nowych terytoriów.

,,Pamiętam, że z wycieczki do Amsterdamu przytachałem ogromną książkę – antologię Beatlesów. Tata nie był szczególnie zadowolony z tego wyboru – musiał ją później przez cały dzień nosić”. 

Podobno imię Sambor oznacza walczącego samotnie – taki właśnie jesteś?

S: Czasami. Lubię mieć kontrolę nad tym, co robię i walczę o swoją wizję. Jednym z rezultatów jest to, że nigdy nie potrafiłem się dogadać z wytwórniami. Taka samotna walka daje wolność, ale ogranicza też możliwość zaistnienia na szerszą skalę.

Nie masz takich momentów, w których żałujesz, że jednak nie jesteś w jakiejś wielkiej wytwórni?

S: Miałem kiedyś poważne propozycję od zagranicznych wytwórni z Niemiec i Francji. Pewien majors zaproponował mi kontrakt, dzięki któremu mógłbym współpracować z jednym z producentów Britney Spears. Wtedy strasznie mnie to oburzyło. Nie zgodziłem się, bo czułem, że to totalny upadek. Kilkanaście lat później patrzę na to zupełnie inaczej. Co by było, gdybym się na to zgodził? Może byłbym już wolny i mógł robić muzykę, jaką chcę, tylko z kilkoma zerami więcej na koncie? Nigdy się nie dowiem. Mimo wszystko cieszę się z tego, co mam i z tego, co udało nam się osiągnąć. Wchodząc w świat popu z taśmy produkcyjnej, mógłbym już nigdy z niego się nie wyczołgać.

A zdarzyło się, że przedstawiasz się, mówisz: ”Sambor, miło mi”, a ktoś mówi: ”Fajny pseudonim, a jak masz na imię”?

S: Tak, i to często! Pewnie niedługo się to zmieni, bo coraz częściej migają mi w necie kolejne Sambory. Osobiście bardzo długo nie spotkałem nikogo o moim imieniu. Dopiero niedawno trafiłem na innego Sambora w agencji reklamowej, w której pracuję. Obaj byliśmy zszokowani, ale już powoli się przyzwyczajamy (śmiech).

I powoli przestajesz być tym samotnym wojownikiem… Zajmujesz się też remiksowaniem utworów innych artystów – współpracowałeś z Patrick The Pan i Dawidem Podsiadło. A co zrobiłbyś, gdyby zwrócił się do ciebie artysta, który reprezentuje muzykę mocno odbiegającą od twoich muzycznych inspiracji – np. disco polo czy metal?

S: W każdym kawałku, które remiksuję, coś musi mnie zaciekawić. Nie mówię, że na sto procent nie znalazłby się żaden kawałek disco polo, który by mnie poruszył… Być może to wszystko jeszcze przede mną (śmiech). A tak zupełnie serio – staram się nie zamykać na żaden gatunek muzyczny. Kiedy remiksuję muzykę, chcę przede wszystkim odkryć coś nowego i ciekawego, ale muszę wierzyć, że jestem w stanie wyciągnąć to z danego kawałka.

,,Lubię mieć kontrolę nad tym, co robię i walczę o swoją wizję. Jednym z rezultatów jest to, że nigdy nie potrafiłem się dogadać z wytwórniami. Taka samotna walka daje wolność, ale ogranicza też możliwość zaistnienia na szerszą skalę”.

Na początku tego roku ukazała się twoja kolejna płyta pt. ”Umbra” – w tłumaczeniu na polski oznacza to ”cień”…

S: A dokładniej – najciemniejszą cześć cienia. Szukaliśmy nazwy, która dobrze odda to, co znajduje się na płycie. Byłem pod dużym wpływem science fiction i klimatów retro future. Umbra jest trochę kosmiczna, ma w sobie tajemnicę, a jednocześnie jest mocnym, nowoczesnym słowem.

Wyczuwam tam też trochę taki dekadencki klimat, bo na przykład ”Queen” z poprzedniej płyty bardzo budziło do życia – ty się z tym zgodzisz?

S: ”Queen” to jak na nas rzeczywiście energetyczny numer. Reszta albumu to zupełnie inny klimat. ”Bruksizm” miał być mocny, przytłaczający i zgrzytający, stąd ta nazwa. Tymczasem ”Umbra” miała być raczej odskocznią od tamtego grania. Dla mnie to klimat kina noir – odrobina tajemnicy i historie niekoniecznie z happy endem.

Czyli tak jak w prawdziwym życiu… A gdzie powstawała ta płyta?

S: Po raz pierwszy nie wchodziliśmy w ogóle do studia. Większość materiału nagrywaliśmy w naszych mieszkaniach. Zdecydowanie postawiliśmy na elektroniczne brzmienia, co trochę nam ułatwiło cały proces tworzenia.

Niedawno przeczytałam gdzieś, że zawód tekściarza trochę powoli odchodzi do historii. Artyści chcą sami pisać, bo wtedy są bardziej autentyczni – ty się z tym zgadzasz?

S: Na pewno wielu artystów chce mieć kontrolę nad przekazem w swojej muzyce. Ale są też muzycy, którzy nie są w stanie przelać swoich emocji w słowa i potrzebują pomocy kogoś, kto się na tym zna. Dlatego myślę, że zawód tekściarza nie jest jakoś specjalnie zagrożony… A przynajmniej nie bardziej niż 10 lat temu. Przykład, który przychodzi mi jako pierwszy do głowy – zespół SALK, który współpracuje z tekściarzem-poetą. Wychodzą z tego bardzo fajne rzeczy, a muzyka i teksty świetnie ze sobą współgrają. I to jest wciąż muzyka alternatywna, a nie pop na zamówienie.

,,[…] staram się nie zamykać na żaden gatunek muzyczny. Kiedy remiksuję muzykę, chcę przede wszystkim odkryć coś nowego i ciekawego, ale muszę wierzyć, że jestem w stanie wyciągnąć to z danego kawałka”.

W naszym kraju z promocją tych alternatywnych artystów jest trochę słabo. Myślisz, że władza mogłaby w lepszy sposób ich wspomagać?

S: Rzeczywiście z tym u nas nie jest najlepiej… Byłoby super, gdyby państwo mocniej wspierało finansowo miejskie ośrodki kultury. Tak naprawdę to, one dają podstawowy dostęp do kultury w mniejszych miastach. Ale również pozwalają działać artystom, którzy dzięki temu wsparciu mogą zagrać koncert, promować książkę czy wystawić swoje prace. No i byłoby świetnie, gdyby to nie politycy decydowali o tym, jacy to mają być artyści.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

O autorze:

Gośka Sawa
Gośka Sawa
Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.