[WYWIAD] Tymon Tymański – Czasami drogę wskazuje mu wróżka
Podobno w poprzednim życiu był Chińczykiem – i właśnie w ten sposób tłumaczy swoją fascynację wschodnią kulturą. Jako nastolatek chciał być Johnem Lennonem – muzykiem, który śpiewał jego ulubione utwory w zespole The Beatles.

Podobno w poprzednim życiu był Chińczykiem – i właśnie w ten sposób tłumaczy swoją fascynację wschodnią kulturą. Jako nastolatek chciał być Johnem Lennonem – muzykiem, który śpiewał jego ulubione utwory w zespole The Beatles.
FINE TUNE: Przed spotkaniem z tobą zaczepiła mnie cyganka i powiedziała, że wie, co mnie dziś spotka. O co ty zapytałbyś taką cygankę?
Tymon Tymański: Teraz o nic, ale zdarza mi się korzystać z porad astrologa – mojej przyjaciółki. Może nie porad, ale bardziej opisu astrologicznego potencjału na dany moment. Magda czasem podpowiada mi, co tam mówią do mnie gwiazdy…
Sprawdziło się coś z jej przepowiedni?
T.T: No pewnie! Większość się sprawdza. Przykładowo mówiła mi, że w przyszłym roku czeka mnie dużo zmian i powinienem przestać się przywiązywać do tego, co było. Powiedziała mi, że w moje życie wejdzie Uran (a to jest planeta odpowiedzialna za wenę, inspirację, radykalne zmiany w życiu, związane z kreatywnością). A jako że od pewnego czasu czułem, że trzeba zamknąć stragan z Tranzystorami (bo ja i mój zespół wyrośliśmy już z tego repertuaru i po prostu nabrałem pewności, że to już ten moment), to właśnie zamierzam wydać z tą grupą ostatnią płytę. Album zatytułowany “Zatrzymaj wojnę” będzie miała swą premierę się 15 stycznia przyszłego roku. Właściwie pozostanę w tym samym kręgu muzycznym, w kręgu młodej trójmiejskiej sceny freeflow-jazzowej, tylko skupię się na nowym projekcie solowym oraz jazzowo – akustycznym kwintecie.
Ta zaprzyjaźniona wróżka przepowiedziała ci koniec audycji ,,Ranne Kakao”?
T.T: Akurat o tym wiedziała choćby dlatego, że pracowała w Agorze. Ale zawsze sprawdzały się jej przepowiednie związane większymi konfliktami i intrygami w naszej pracy. To nie jest tak, że mówiła: ,,Za dwa miesiące będziesz mieć wypadek samochodowy”. Magda analizuje układ gwiazd i mówi bardziej coś w stylu: ,,Patrz – w tym okresie Mars wchodzi do tego i tego “domu”, tworząc koniunkcję z Saturnem. Może być wtedy sporo kłótni, walki o pracę…”.
Tęsknisz trochę za tymi porankami?
T.T: Przez pierwsze dwa miesiące oczywiście tak, teraz już mniej. Rzuciłem się w wir studyjnej pracy. To było razem 7 lat w Radiu Roxy, potem Rock Radiu – 7 fajnych, kreatywnych i wesołych lat. Radio tu super doświadczenie, a poza tym była to dla mnie dość łatwa i stała kasa (śmiech).
Podobno praca w radiu jeszcze uzależnia.
T.T: Tak. Słuchacze piszą ci SMS-y, wiadomości na Facebooku. ,,Tymon, dobrze to dziś ująłeś…” albo ,,Chłopaki, robicie zajebistą wiochę”. Ludzie mówili nam, że nasza audycja była ważna, osobista, przełomowa. Że mówiliśmy o rzeczach, o jakich się w radiu raczej nie mówi. Dzięki audycji masz prawdziwy, bezpośredni kontakt z ludźmi. Jest feedback, a ty masz poczucie, że ludzie tym żyją.
Słuchacze zasypali cię wiadomościami, jak pojawiła się informacja o tym, że to koniec audycji?
T.T: Tak. Pierwszy zadzwonił Arek Jakubik, co dla mnie było naprawdę bardzo miłe. Powiedział wtedy: ,,Stary, bardzo mi przykro. Chcę, żebyś wiedział, że to była bardzo dobra audycja, jakiej nigdy nie było w innym radiu”. Później zaczęli pisać słuchacze z pytaniami: ,,Dlaczego? Co się stało?”. Ludzie zaczęli reagować bardzo emocjonalnie. Takie rzeczy osładzają ci gorycz końca.
,,Dzięki audycji masz prawdziwy, bezpośredni kontakt z ludźmi. Jest feedback, a ty masz poczucie, że ludzie tym żyją”.
Skoro już mówisz o emocjach, to ja zapytam o ten kultowy moment. Co najbardziej zapamiętałeś z tego czasu podczas pracy nad tą audycją?
T.T: Pamiętam choćby to, kiedy Mikołaj Lizut przyszedł przebrany za Kayah. Był ubrany w stringi, miał make-up, a kolega Michał Migała paradował w stroju chippendales’a z kokardką na penisie. No wiesz, tam się działo dużo takich rzeczy. Był u nas w studiu prawdziwy kuc, kolega Koza wjechał do studia na motorze… Robiliśmy też sobie paskudne, sztubackie kawały – np. dawaliśmy naszemu ulubionemu realizatorowi Rafałowi Zyberk-Platerowi kanapkę z jakimś świństwem w środku lub wrzucaliśmy Kędziorowi coś do kawy. Kiedyś wrzuciliśmy mu do kubka zawiązaną prezerwatywę ze skondensowanym mleczkiem w środku – to było chyba mleczko, zresztą sam nie pamiętam…
Aha… No to widzę, że redaktor Piotr Kędzierski nie miał łatwego życia z wami (śmiech).
T.T: Ale były też wywiady z kapitalnymi ludźmi. Wojtek Smarzowski, Arek Jakubik, Marcin Dorociński, Michael Palin, Marcus Miller, Michał Urbaniak, Rykarda Parasol, Olaf Deriglasoff… Było mnóstwo zacnych interlokutorów, z którymi świetnie się rozmawiało – i to był najlepszy okres, jakieś pierwsze trzy lata. Dodatkowo dużo dobrej muzyki w klimacie Open’era, ale ze sporą dawką alternatywnej klasyki rockowej. Później skończyła się idylla, jak to w życiu. Zaczęły się obostrzenia i zakazy, pojawiły się w radiu nieciekawe typki. Ale i tak będę wspominać ten czas z rozrzewnieniem.

A skąd u ciebie to zamiłowanie do tych wschodnich religii?
T.T: Mogłem być Chińczykiem w poprzednim życiu (śmiech). Jako trzynastolatek byłem w Chinach, był to czas rewolucji kulturalnej. Dopiero później Chiny zaczęły się otwierać na bogactwo swojej własnej kultury i medycyny sprzed wieków. To niezwykle ciekawe miejsce, które pogodziły trzy myśli religijno-filozoficzne: konfucjanizm, taoizm i buddyzm. Do tego dochodzi tradycyjna medycyna chińska ze swą niezwykłą wiedzą na temat energii qi, kanałów energetycznych, ziołolecznictwa, akupunktury i akupresury. Kung fu, taichi i qi gong… Kuchnia 5 przemian, którą notabene stosuję od jakichś 20 lat. Qi gong Lecącego Żurawia też mniej więcej tyle. Można powiedzieć, że jestem odmianą polskiego buddysty-taoisty. Wierzę w te praktyki i stosuję je na co dzień.
,,Można powiedzieć, że jestem odmianą polskiego buddysty-taoisty”.
Jak czujesz, że tam trochę gdzieś cię za boli i jest gorzej z twoim samopoczuciem, to nie biegniesz do lekarzy jak większość?
T.T: Nie. Leczę się sam. Oczywiście, to nie jest tak, że jak złamię nogę, to będę próbował sam ją złożyć. Szanuję medycynę zachodnią i nie kwestionuję jej osiągnięć, tym bardziej, że co bardziej światli lekarze z kręgu medycyny zachodniej również otwierają się na wiedzę medyczną TCM (tradycyjnej chińskiej medycyny). Rozmawiałem ostatnio na ten temat z moim wujkiem, który jest lekarzem (specjalistą od cukrzycy). Doszliśmy do wniosku, że ludzie chodzą do lekarza za często i bezpodstawnie, stając się wiecznymi pacjentami. Za mało jest w naszym społeczeństwie nacisku na odpowiednią gimnastykę i dietę.
To prawda, że ludzie biorą za dużo leków bez większej przyczyny i często bez sensownego powodu odwiedzają gabinet lekarza, ale na to chyba już nie znajdziemy leku…
T.T: Po pierwsze, nie ruszamy się i jemy byle co. Do tego jeszcze dochodzi nadużycie używek i stres…
Życie w tasie tak jak np. u muzyków chyba nie sprzyja temu zdrowemu stylowi życia (śmiech).
T.T: Niby tak, ale ja nie jestem w trasie przez pół roku – my gramy w wakacje i weekendy. Jeśli zdarza się to nieco ,,wyskokowe życie”, to jest to kilka sesji przy winku czy piwku. A potem od poniedziałku do piątku wraca mój prywatny kierat: zazen, qi gong, rower oraz treningi karate.
Masz małe dzieci i naprawdę rano udaje ci się to wszystko pogodzić?
T.T: Wszytko to kwestia dobrego zorganizowania. Wstaję o siódmej. Następnie z żoną ubieramy dzieci, robimy wszystkim śniadanie. Marysia odprowadza młodszego syna do szkoły, ja robię kanapki starszym synom. Razem z moją mamą, która codziennie do nas przychodzi, opiekujemy się moim tatą, który ma demencję. O dziewiątej mam chwilę na drzemkę, Śpię mniej więcej godzinę, zależnie od pory roku…
Jak o tym wszystkim opowiadasz, to wygląda trochę jak taki harmonogram.
T.T: No bo tak dokładnie jest. Gdy wstaję, kąpię się, robię sobie śniadanie i mocną, zieloną herbatę z miodem. Idę do ogrodu zrobić qi gong Lecącego Żurawia. Potem robię medytację i zabieram się do roboty w studiu. Trzy razy na tydzień przez godzinę jeżdżę rowerem po lesie – szybko i bez zmiłowania. O 16 jadę do przedszkola po najmłodszego młodzieńca, po czym siedzę z dziećmi do 19:30. Wtedy kąpiemy dzieci i przekazuję żonie dzieci do usypiania. Robię sobie mocną herbatę i wracam do studia, w którym siedzę do pierwszej, a czasem nawet do drugiej w nocy. I tak w kółko Macieju. Żyję w sposób bardzo ułożony, a życie rodzinne jest dla mnie ,,kanapką bojowo – zadaniową”.
,,Żyję w sposób bardzo ułożony, a życie rodzinne jest dla mnie ,,kanapką bojowo – zadaniową” ”.
To takim bojowym zadanie była też pewnie ta tegoroczna edycja trasy koncertowej ,,Spragnieni Lata” z utworami Beatlesów.
T.T: Z pewnością było to duże wyzwanie, które się jeszcze nie skończyło, bo przecież jest w planach płyta. Beatlesi to moja główna fascynacja z dzieciństwa…
Jak byłeś nastolatkiem, to chciałeś być jednym z nich?
T.T: No pewnie, że tak!
To, którym z nich chciał zostać Tymon Tymański?
T.T: Zdecydowanie utożsamiałem się z Johnem Lennonem. Ale na samym początku chciałem być jak Paul McCartney. Pięknie śpiewał i grał na basie, co mnie bardzo rajcowało. Dopiero później odkryłem,, że moje ulubione piosenki śpiewa Lennon. Ale dla mnie wszyscy Beatlesi byli i dalej są ważni – to moi artystyczni stryjkowie. Oczywiście kocham również Franka Zappę, Cpt. Beefhearta, Lou Reeda, Davida Bowiego, Johna Coltrane’a, Erica Dolphy’ego, Theloniousa Monka… To część mojej wielkiej, muzycznej rodziny. Ale Beatlesi to najwcześniejsza i bardzo silna fascynacja, która trwa do dziś. ,,Biały album” pojawił się prawie w tym samym momencie, kiedy jako trzynastolatek pojechałem do Chin. I ta płyta w jakimś sensie zakończyła moje dzieciństwo. Usłyszałem “Biały album”, wstałem z podłogi, na której grałem w kapsle i zacząłem interesować się sztuką. Przed wydaniem tego albumu Beatlesi wyjechali do Indii. Ich podróż miała charakter rekreacyjno-rekoncyliacyjno-kontemplacyjny. Każdy z nich spędził inny okres czasu w Indiach – najdłużej siedział tam Harrison, najkrócej Ringo Starr. Utwory z ,,Białego albumu” są właśnie kontemplacyjne i refleksyjne. Ta podróż była dla nich odpoczynkiem od beatlemanii, zgiełku i show – biznesowego rozpasania. Firma The Beatles zaczęła się powoli sypać. Parę miesięcy wcześniej umarł ich menadżer Brian Epstein, więc podróż miała niejako dostarczyć im odpowiedzi, co będzie dalej z ich zespołem. Trzech z nich stworzył sporo znakomitych, solowych numerów, które później nagrywali nie zawsze w pełnym kwartecie, zatem ta płyta jest trochę ,,rozwodowa”. To jest piękny album, choć całe szczęście, trochę niedorobiony, nie tak doskonały jak ,,Rubber Soul”, ,,Revolver” czy ,,Sgt. Pepper’s”.
Skoro nie jest tak doskonała jak poprzednie, to dlaczego wybraliście akurat utwory z ,,Białego albumu”?
Wybrałem ,,Biały album”, bo jest dla mnie wyjątkowy. Nagrywany był pomiędzy 30 maja a 14 pażdziernika 1968, czy w okresie, w którym głównie przebywałem w maminym brzuchu. Musiałem tam usłyszeć tę muzykę, a czasy do tego były wyjątkowo burzliwe, pełne ruchawek i rewolucyjnych nastrojów. Poza tym to jedyna płyta, którą można by troszeczkę poprawić, nic nie ujmując starym mistrzom.

Co zadecydowało o takim składzie tegorocznej edycji?
T.T: Natalia Przybysz jest moją przyjaciółką. Pracuję już z nią od dłuższego czasu i zdarzyło się nam gościnie występować na swoich płytach. Natalia cudownie śpiewa i jest wspaniałą osobą. O doborze pozostałych artystów zadecydowałem razem z moim i Natalii menadżerem, Jarkiem Maślanką. Natalia Grosiak, jest również jego podopieczną i tworzy m.in. w zespole Mikromusic. Znam Natalię jeszcze ze współpracy z Teatrem Capitol, w którym pracowaliśmy kiedyś przy muzycznym happeningu Ceziego Studniaka z udziałem Kapeli ze wsi Warszawa.
No i teraz los po raz kolejny spowodował, że spotkaliście się na scenie.
T.T: Bardzo entuzjastycznie zareagowałem na wybór Jarka Maślanki. Znałem zjawiskowy głos Natalii Grosiak, a poza tym wiedziałem, że to jest fajna osoba, która potrafi ciężko pracować i nie ma problemów z dużym ego. Nie znoszę wokalistek z wybujałym ego. Rozumiem, że na scenie to pomaga, ale poza sceną trzeba opróżnić ten balon.
W waszym gronie pojawił się dwie kobiety, to nie było u was obaw, że te może panie nie poradzą sobie z repertuarem zespołu, który składał się z samych mężczyzn?
T.T: Nie. Kompletnie nie było o tym mowy. Babeczki miały poniekąd zmiękczyć muzykę ,,Wielkiej Czwórki”, zrobić ją jeszcze bardziej ,,yin”, ale nie do końca. Natalia Przybysz wzięła na warsztat parę hard-rockowych numerów, z którymi radzi sobie na pewno nie gorzej nic facet. Trudniej było z dobraniem drugiego nosiciela ,,lingama” – czyli, za przeproszeniem, penisa. Koniec końców nasz wybór padł na Krzyśka Zalewskiego, który bardzo dojrzał muzycznie, wyszedłszy z osobistych problemów i nagrawszy bardzo ciekawą płytę. Zalef dysponuje ciepłym, brudnawym, nieco soulowym głosem. Do tego też wychował się na Beatlesach i zjadł zęby na rock 'n’ roll’u. Nie musieliśmy mu na siłę wciskać tej muzyki, wiedział, jak to wszystko ma brzmieć i wyglądać. To muzyczny zwierzak, wyskakuje na scenę i staje się ,,samograjem”.
A czego było więcej w tych waszych interpretacjach – was czy raczej królował tam głównie ten duch Beatlesów?
T.T: Pół na pół. Oczywiście staramy się oddać Beatlesom, co beatlesowskie. Ich piękne harmonie i niespotykana, magiczno-bajkowa atmosfera muszą być zachowane. Ale jesteśmy bandą artystów, którzy muszą wszystko filtrować przez siebie. Tak jak pisał w ,,Dzienniku” wielki Witold Gombrowicz – sztuka powstaje z wewnętrznego imperatywu, z myśli o podaży powstaje entertainment. Oczywiście w wybitnej muzyce rockowej czy jazzowej te dwa elementy są współobecne tak jak w symbolu taoizmu, ale w sztuce pierwszy jest imperatyw. Muszę zabić Buddę, dopieprzyć Beatlesom! Dopiero potem pojawia się element miękki, kobiecy, harmonijny – ależ zachowajmy to, co najpiękniejsze w Beatlesach – ich ducha. Ducha wielkiego i ponadczasowego. Ducha miłości, otwartości, pogodzenia się ze światem.
,,[…] zachowajmy to, co najpiękniejsze w Beatlesach – ich ducha. Ducha wielkiego i ponadczasowego. Ducha miłości, otwartości, pogodzenia się ze światem”.
Wspominałeś wcześniej, że ta płyta, to nie jest taki majstersztyk. To co było taką rzeczą, która najbardziej drażniła cię w tych kompozycjach?
T.T: Na wstępie wyrzuciłbym okropną, głupkowatą piosenkę ,,Don’t Pass Me By” to wyjątkowy gniot… Nie przepadam za ,,Piggies”, choć przyznaję, że ma ciekawy tekst. Gdybym był producentem tej płyty, optowałbym za świetnym ,,Not Guilty” Harrisona. No i za ,,What’s The News Marry Jane” Lennona… Największym problemem według krytyków tej płyty jest to, że ona jest za długa i niespójna. Ale to, że jest niespójna stylistycznie, właśnie stanowi o jej różnorodności i sile. Znajdziesz tu rock 'n’ rolla , hard rock, bluesa, country, wodewil, elementy jazzu a nawet jamajskiego ska czy high life’u. Pomieszanie z poplątaniem, co nigdy nie było aż tak charakterystyczne dla ich muzyki. To ,,groch z kapustą” zaczyna się właściwie na ,,Revolverze”, kiedy Harrison nagrywa piosenkę w stylu klasycznej muzyki hinduskiej – ,,Love You To”. Na ,,Pieprzu” ta różnorodność jeszcze się wyostrza, ale na ,,The Beatles” dochodzi do przełomu. To właściwie płyta, która mogłaby wyjść spod pióra Franka Zappy – gdyby była bardziej ironiczna. Dowody? Choćby ,,Happiness Is A Warm Gun” czy ,,Revolution no. 9”. Mam obecnie znakomity zespół, chłopaków ze sceny Freeflow, ludzi po szkołach, którzy świetnie improwizują, a przy okazji mają swoje, para-jazzowe zespoły – Algorytm, Quantum Trio, Inner Out, The Power Of Horns.
Myślisz, że dla dzisiejszej młodzieży to jest też ta wielka legenda, czy może tylko zespół sprzed lat? Uważasz, że te klimaty Beatlesów interesują jeszcze młode osoby?
T.T: Mam nadzieję, że naszą płytą, którą chcemy wydać na 50-lecie ,,Białego Albumu” – czyli w okolicach jesieni 2018, uszczęśliwimy starszych i młodszych fanów, przekonując ich naszym entuzjazmem. A niedowiarków przekonamy kreatywnością i innowacją. Beatlesi to był zespół jedyny w swoim rodzaju pierwszy wielki boys band, który stał się najbardziej artystycznym i pierwszym prawdziwie eksperymentalnym zespołem w historii. Czapki z głów i tyle. Do dzisiaj słyszę echa Beatlesów u Becka czy Grizzly Bear. Ta muzyka, podobnie jak muzyka Zappy, Beefhearta czy Coltrane’a jest i pozostanie wielka przez długie lata. Bo cechują ją właśnie wielka wolność, wyobraźnia, kreatywność i odwaga. Mało kogo w dzisiejszym show-biznesie stać na takie jaja.
,,Do dzisiaj słyszę echa Beatlesów u Becka czy Grizzly Bear. Ta muzyka, podobnie jak muzyka Zappy, Beefhearta czy Coltrane’a jest i pozostanie wielka przez długie lata. Bo cechują ją właśnie wielka wolność, wyobraźnia, kreatywność i odwaga. Mało kogo w dzisiejszym show-biznesie stać na takie jaja”.
Okładka ,,Białego albumu” jest bardzo minimalistyczna, bo przestawia tylko białe tło z napisem ,,The Beatles”. Jaka byłaby twoja propozycja na okładkę tego albumu?
Nie mam pojęcia. Myślałem o tym, ale jeszcze nie wymyśliłem. Może będzie na niej buddyjska pustka? Tylko nie wiadomo., jak ją namalować. Pomedytuję na tym (śmiech).
Rozmawiała: Małgorzata Sawa
O autorze:

- Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.
Najnowsze publikacje:
Newsy05/28/2020„Sztuczne Ognie”. Sambor i Urbański prezentują nowy utwór
Wywiady05/27/2020[WYWIAD] Koko Die: chciałem być paladynem, który ratuje ludzi z opresji
Wywiady06/13/2019[WYWIAD] NOŻE: Nie interesuje nas propaganda sukcesu
Wywiady05/16/2019[WYWIAD] Arek Kłusowski: Mam alergię na sztuczne emocje w muzyce



