fragm. fot. fb.com/themoondogspoland

[WYWIAD] The Moondogs – Łatwiej jest zdobyć fanów zagranicą, niż w Polsce

Na wydanej niedawno debiutanckiej EP-ce poznański zespół The Moondogs prezentuje nowoczesne spojrzenie na rock psychodeliczny. Tuż przed swoim pierwszym koncertem w Warszawie opowiadają nam o trudnościach w nagrywaniu materiału, najbliższych planach oraz zdradzają, co myślą o współczesnych hipisach.

fragm. fot. fb.com/themoondogspoland
fragm. fot. fb.com/themoondogspoland

FINE TUNE: W czerwcu wydaliście swoją pierwszą EP-kę „No Space For Rockets”. Co było dla was najtrudniejsze w procesie twórczym?

Maks: Właściwie to wszystko. Specjalnie przyjechaliśmy do studia pod Warszawą, żeby ją nagrać. Nie był to najlepszy pomysł, ponieważ ścieżki, które otrzymaliśmy, nie nadawały się praktycznie do niczego. Problem nie tkwił może w samym miejscu, które było dobre, a raczej w sposobie, w jakim realizowane były nagrania.

Patryk: Najciekawsze jest to, że zanim wydaliśmy oficjalną EP-kę, nagrywaliśmy piosenki samodzielnie – w garażu przy użyciu mikrofonów lo-fi – i brzmiały one lepiej, niż ścieżki ze studia.

Ale udało się uratować sytuację?

P: Tak, poprosiliśmy o pomoc kolegę – Mikołaja Wieczorkiewicza. Podesłaliśmy mu ścieżki, on je zmiksował i naprawił.

M: Nie wiem czy to słychać, ale EP-ka była składana. Wokal był dogrywany wcześniej, gitara tydzień później, połowa basu jeszcze innym razem. Ciągle coś nie grało tak jak powinno, bo jak mówiłem już wcześniej, „suche ścieżki” brzmiały tragicznie i po prostu trzeba było je podmieniać. EP-ka finalnie osiągnęła poziom zadowalający, ale nadal jest to brzmienie bardzo dalekie od tego, które chcielibyśmy uzyskać. Początki bywają trudne, ale na albumie chcemy zamieścić przynajmniej niektóre kawałki z „No Space For Rockets”, nagrane od nowa, już w całości „po naszemu”.

Czyli planujecie już długogrający album. Na jakim etapie jesteście?

Wiktor: Na etapie tworzenia, dużo się spotykamy, gramy…

Łukasz: Cały czas myślimy nad materiałem.

Pozostając w temacie już opublikowanych utworów. Prezentujecie piosenki, w których dużo się dzieje już na poziomie samej warstwy instrumentalnej. Na ile przy tworzeniu ważny jest dla was tekst?

M: Przy niektórych kawałkach teksty są bardziej przemyślane, często skupiamy się na grach słownych. Wybieramy zwroty, których brzmienie nam się podoba, które mają sens, ale może niekoniecznie opowiadają o konkretnej sytuacji czy wydarzeniu. Nie jesteśmy zespołem, który chce zawojować świat przekazem, raczej stawiamy na muzykę.

„Nie jesteśmy zespołem, który chce zawojować świat przekazem, raczej stawiamy na muzykę.”

Tworzycie w nurcie tzw. „neopsychodeli”, znanej głównie dzięki zespołom takim jak Tame Impala, Temples czy Mac DeMarco. A jeśli chodzi o polski rynek – macie kim się inspirować?

W: Niestety raczej nie. Nie ma wielu zespołów, które grają podobną muzykę do naszej.

M: Nie mówimy tego ze złośliwości czy chęci walki z konkurencją. Natomiast jeśli chodzi o inspiracje polską muzyką, to nie mamy jej z czego czerpać. Oczywiście są zespoły, które nam się podobają, ale nie są one dla nas mocnymi inspiracjami brzmieniowymi.

Które zespoły masz na myśli?

M: Na przykład Wilcze Jagody, z którymi dzisiaj gramy, Rainbow Cut My Eyes, zespół z Warszawy, w którym gra mój znajomy, Niemoc, czy The Saturday Tea. Są też zespoły, z którymi się kolegujemy i z którymi graliśmy koncerty, jak np. The End, czy Strange Clouds, ale jeśli chodzi o gatunek, to raczej nie tworzymy pokrewnych rzeczy.

fragm. fot. fb.com/themoondogspoland
fragm. fot. fb.com/themoondogspoland

Mimo krótkiego stażu w branży muzycznej udało wam się trafić do agencji TBA Music. Jak doszło do tej współpracy?

M: Kolega z tej agencji zorganizował nam jeden koncert. Tak na zasadzie „chłopaki, wpadnijcie i zagrajcie”. Potem napisaliśmy ogłoszenie, że szukamy managera i właśnie ten kolega się odezwał. Agencja prowadzi głównie artystów z większym dorobkiem, jak np. Reni Jusis, dlatego nasza współpraca nie jest jeszcze do końca przypieczętowana prawnie i momentami bardzo luźna. Mamy nadzieje, że niedługo to się zmieni.

Zespół został założony w 2014 roku, potem mieliście przerwę i dopiero teraz wróciliście z nowym materiałem. Tak długi przestój związany był ze zmianami w składzie?

M: Tak, w obecnym składzie gramy od wiosny 2016.

P: Z pierwotnego zostałem tylko ja i Maks. Basista i klawiszowiec byli inni.

M: Pomiędzy pierwszym składem z 2014 roku, a tym obecnym przez zespół przewinęło się wiele osób, które miały z nami grać, ale ostatecznie nie mogliśmy się z nimi dogadać.

„Pomiędzy pierwszym składem z 2014 roku, a tym obecnym przez zespół przewinęło się wiele osób, które miały z nami grać, ale ostatecznie nie mogliśmy się z nimi dogadać.”

Na czym wam najbardziej zależało podczas dobierania nowych członków zespołu?

M: Na pewno zwracaliśmy uwagę na wspólny język. Nie powinno się też wiązać zespołu z grupą ludzi, którzy ze sobą grają, ale potem okazuje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego i nie utrzymują kontaktu prywatnie.

Łukasz, w tym projekcie grasz na klawiszach i gitarze, ale masz też drugi zespół. Opowiedz o nim coś więcej.

Ł: Thee Floods założyliśmy z Mają Chaczyńską na początku roku, zanim jeszcze dołączyłem do Moondogsów. W założeniu miał to być mój główny projekt, ale aktualnie jest on raczej odskoczną w stronę muzyki lo-fi i garażowej, której jestem wielkim fanem. Spełniamy się dzięki niemu twórczo, ponieważ oprócz tego, że sami wymyślamy i nagrywamy piosenki, dodajemy do nich nasze autorskie grafiki i zdjęcia.

Znaleźliście zgrany skład, nagraliście EP-kę, zagraliście kilkanaście koncertów – jaki jest dalszy plan?

M: Teraz jesteśmy w trakcie załatwiania trasy na Ukrainie z tamtejszym zespołem Nameless. Z różnych względów trochę się jej obawiamy…

P: A ja się bardzo cieszę. To będą takie nasze Indie!

M: Tak, Beatlesi kiedyś pojechali do Indii w podróż, która miała odmienić ich myślenie. Więc my pojedziemy na Ukrainę. Wiem, że papierosy kosztują tam 3 zł, litr wódki 10 zł, więc chyba będzie fajnie (śmiech). Myślimy też o koncertach w Niemczech, na przykład w Berlinie. Na tamtejszej scenie jest sporo zespołów, które grają podobną muzykę do naszej. Jest też znajomy francuski zespół – You said strange, z którym chcielibyśmy zagrać trasę.

„Przykre jest to, że kiedy wstawiamy nasze kawałki na polskie fora czy youtube, to w przeciągu kilku miesięcy aktywność odbiorców ogranicza się do kilku komentarzy i kilkunastu polubień.”

Czyli już od początku celujecie w zagraniczny rynek.

W: Tak, aktualnie udostępniamy naszą EP-kę na różnych stronach muzycznych w różnych krajach. Ostatnio wrzuciłem ją na norweskie forum i był całkiem spory odzew.

M: Ogólnie przykre jest to, że kiedy wstawiamy nasze kawałki na polskie fora czy youtube, to w przeciągu kilku miesięcy aktywność odbiorców ogranicza się do kilku komentarzy i kilkunastu polubień. Dla kontrastu, gdy wstawiliśmy je na zagraniczne forum, to w ciągu dwóch dni dostaliśmy dużo większy odzew niż w Polsce przez te kilka miesięcy. Tylko teraz powstaje pytanie, czy to znaczy, że powinniśmy uderzać w rynek zagraniczny, bo tam nas przyjmą, czy z drugiej strony to dobrze, że w Polsce tego rynku jeszcze nie ma, bo przynajmniej jest dla nas miejsce i możemy w Polsce być innowacyjni…

„Hipisi już dawno byli i, przynajmniej dla nas, są przeżytkiem.”

Bazując na własnych doświadczeniach – macie jakieś wskazówki dla zespołów, które działają w waszej niszy muzycznej i które podobnie jak wy są na początku kariery?

M: Na naszym przykładzie, to na pewno powinni dążyć do tego, żeby oprócz wspólnego grania w zespole, jak najwięcej łączyło ich prywatnie.

W: Nie powinni oszczędzać na sprzęcie, podstawą takiej muzyki jest brzmienie.

M: Jeśli chodzi konkretnie o naszą niszę, to nas denerwuje ruch zespołów w Polsce, które próbują grać psychodelę i które skrajne utożsamiają się z hipisami i z latami 60. To wszystko jest ok, ale chodzi o skrajne przypadki – pisanie postów, że trzeba poznać kawałki swojej duszy, czy wypowiedzi typu „nasz koncert podzieli wasze jaźnie na dwie części, a każda z nich trafi na inną planetę”. Tworzenie takiego patosu i nadęcia – to odradzamy na pewno. Powinno się na początku skupić na muzyce, a nie tworzyć sztuczną otoczkę hipisostwa. Hipisi już dawno byli i, przynajmniej dla nas, są przeżytkiem. Nie dlatego, że byli źli czy bezsensowni, tylko dlatego, że już mieli swoje pięć minut i w obecnych czasach takie zachowanie nie jest wiarygodne.

Rozmawiała: Katarzyna Wróblewska

 

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.