[WYWIAD] z Mateuszem Modrzejewskim z zespołu „taktoprawda”

mateusz modrzejewski

Mateusz Modrzejewski – wybitny polski perkusista, głownie znany z tego, że gra… „nierówno”. Jest bardzo młody a lista muzyków, z którymi grał, zawiera już takie nazwiska jak: Michał Urbaniak, Maria Sadowska czy Izabela Trojanowska. W naszym wywiadzie opowiada o swoim najnowszym zespole, taktoprawda oraz o pierwszych, ale i drugich, a nawet trzecich krokach w świecie muzycznym.

FINE TUNE: Witaj.

Mateusz Modrzejewski: Cześć.

FT: Byłem właśnie uczestnikiem niesamowitego koncertu w wykonaniu Twojego zespołu – taktoprawda. Jak go oceniasz z perspektywy sceny?

MM: Wiesz co, dla mnie był to na pewno debiut w roli osoby prowadzącej koncert. Był to również duży stres bo jest to jednak twór, który mogę nazwać w pewien sposób moim trio. Trzymam na tym rękę, lecz ze strony muzycznej są to oczywiście połączone siły moje, Tymka i Bartka – zdecydowanie. Jakby chłopaki się nie zdecydowali w to wejść, posłuchać takiej muzyki i ćwiczyć takie rzeczy, zajarać się takim właśnie podejściem jazzowo – hip hopowym, to tego koncertu z pewnością by nie było. Dziwnie mi się prowadziło koncert zza pleksi, ale wiadomo, że bębny w takim klubie muszą za nią być, żeby to wszystko jakoś brzmiało. Na pewno był duży stres, lecz w momencie, w którym zaczęliśmy grać, już było lepiej. Kompletnie nie pamiętam co mówiłem do mikrofonu, ale mniej więcej pamiętam co grałem. Teraz tak jak po każdym koncercie trzeba wyciągnąć wnioski, żeby następne były jeszcze lepsze.

FT: Z mojej strony mogę tylko dodać, że był to koncert poprowadzony wzorowo.

MM: Dziękuję.

FT: Wspomniałeś, że tego koncertu by nie było, gdyby Tymon i Bartek nie zaczęli słuchać takiej muzyki. Czyli chłopaki wcześniej nie zagłębiali się w takie brzmienia?

MM: Zarówno Tymek, Bartek i ja, jesteśmy muzykami sesyjnymi, więc mamy rozległy gust muzyczny. Słuchamy różnej muzyki, ćwiczymy wiele różnych rzeczy. Natomiast, żeby naprawdę zgłębić ten klimat, przesłuchać całą dyskografię J Dilli, Madlib’a, Flying Lotus’a, Roux Spana Beat Trio czy innych takich wykonawców, to rzeczywiście- było tak, że w grupowych konwersacjach podsyłaliśmy sobie różne utwory, mówiliśmy sobie – „posłuchaj tego bitu, tu jest za późno czy za wcześnie, a tutaj basówka brzmi świetnie, a tutaj gitara nie stroi celowo i dzięki temu jest jeszcze fajniej”. Było naprawdę dużo myślenia, dużo grania, ale bardzo szybko i bardzo łatwo znaleźliśmy wspólny język muzyczny. Tak w ogóle, zaczęło się od tego, że razem z Tymkiem chcieliśmy ćwiczyć takie krzywe granie po tym jak zaczęliśmy słuchać J Dilli. To co robiliśmy, nigdy nie miało wyjść z sali prób. Jednak jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Potem zadzwoniliśmy do Bartka i powiedzieliśmy mu co robimy, na co on powiedział, że również chętnie to poćwiczy. Jak już poćwiczyliśmy, zaczęły się wyłaniać z tego propozycje muzyczne i uznaliśmy, żeby to było strawne to chcemy ubrać to w formę piosenkową, zaprosić gości i to prowadzi nas do dnia dzisiejszego, czyli do koncertu.

FT: A jak się w ogóle zaczęła Twoja przygoda z perkusją? Dlaczego zdecydowałeś się na właśnie ten instrument?

MM: To jest pytanie, którego się najbardziej boje. Jeżeli chodzi o mój początek z bębnami, to bardzo zazdroszczę moim kolegom, którzy mogą opowiadać historię typu – poszedłem na koncert, usłyszałem Milesa Davisa i to odmieniło moje życie. Ja kompletnie nie mam takiej historii. Mój ojciec zawsze chciał żebym grał na fortepianie, a mnie kompletnie nie ciągnęło do muzyki. Ja wolałem grać sobie na kompie i oglądać filmy. W którymś momencie jednak, zacząłem słuchać muzyki bardziej świadomie, mając około dwunastu lat. Pamiętam pierwszą płytę którą się zajarałem. Był to Ozzy Osbourne – „Live At Budokan”. Okładka z takim gołym Ozzym na białym tle. Któregoś dnia stwierdziłem – perkusja! Fajnie, ktoś nawala, jest hałas, chyba jest to energetyczne. Zapytałem – tato, może kupimy jakąś perkusje? Na co tata odpowiedział – jasne. Pojeździliśmy po znajomych i okazało się, że jakiś tam znajomy ma dwa bębny na strychu – Polmuz w takiej pięknej seledynowej okleinie. Inny znajomy miał jakiś hi-hat, jakąś inna blaszkę i tak właśnie skompletowałem zestaw, na zasadzie – dwie centrale, cztery werble, osiem tomów i jedna blacha. Ćwiczyłem u babci w piwnicy. Moi rodzice oczywiście sądzili, że mam słomiany zapał, że pogram trochę i zajmę się innymi rzeczami. No ale, skończyło się zupełnie inaczej.

FT: Całe szczęście. Dzięki temu tu obecni mogą się cieszyć Twoją grą.

MM: To po prostu wciąga! Pamiętam moją pierwszą próbę. Wyglądała tak, że zgadałem się z kolegą ze szkoły, który zaczynał się wtedy uczyć grać na gitarze, nie miał jeszcze wtedy gitary elektrycznej, miał jedynie klasyczną. Grał jakieś tam klasyczne zagrywki, ale w sercu był metalowcem. Siedzieliśmy we dwóch w piwnicy, ja z perkusją, a on z gitarą klasyczną i graliśmy Black Sabbath – „Paranoid”. Oczywiście jego nie było słychać z racji tego, że grał na klasyku, ale i tak było fajnie. Dobrze, że przerodziło się to jednak w to co się przerodziło, czyli pasję i w konsekwencji – sposób na życie.

FT: Jakie były Twoje dalsze kroki?

MM: Historia wcale nie była taka oczywista. To dlatego, że ja wcale nie skończyłem żadnej akademii muzycznej, żadnej szkoły muzycznej, nic z tych rzeczy. Pochodzę z małej miejscowości o nazwie Gostynin. W tamtym czasie w Gostyninie nic się nie działo, kompletnie nic. W domu kultury nie było sprzętu, więc nie można było nawet pograć z kumplami. Natomiast była dość aktywna społeczność metalowa. Jeżeli był jakiś koncert, to był to koncert metalowy, więc ja oczywiście też się wkręciłem w to towarzystwo. Z kolei w liceum na klimaty bardziej jazzowe, bluesowe, funkowe, namówił mnie mój nauczyciel od fizyki, Pan profesor Krzysiek Kiereś. Jest zapalonym bluesmanem i jazzmanem. Jest również szefem sztabu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gostyninie i co jakiś czas organizował w moim mieście koncerty na których można było zagrać. To mnie właśnie zaprosił żebym razem z nim coś podziałał. Szybko się zorientowałem, że w muzyce bluesowej, jazzowej, fusionowej, jest trochę większe pole do popisu dla perkusisty. Można zastosować więcej jakiś dynamicznych zagrywek. Zacząłem się w to wkręcać. Odchodziłem od grania jakiś szybkich przejść i grania na dwie stopy. To był już czas kiedy był internet, youtube, więc było więcej możliwości. Zacząłem ściągać materiały, nauczyłem się czytać nuty, czerpałem wiedzę z tego wszystkiego. Potem przeprowadziłem się do Warszawy i poznałem Michała Milczarka, z którym gram w Michał Milczarek Trio do dzisiaj. Fenomenalny gitarzysta, fenomenalny jazzowy skład. To jest dla mnie wielka przyjemność, zaszczyt i ogromna możliwość rozwoju. Jakiś czas później dołączył do nas basista Bartek Łuczkiewicz, który gra właśnie ze mną w szeregach taktoprawda. Dzisiaj jestem właśnie w takim punkcie, że gram z Michałem (Milczarkiem), prowadzę taktoprawda, gram z Majką Jeżowską, gram też z raperem Ńemym, który z nami tu dzisiaj wystąpił. Gram wiele z różnymi muzykami. Teraz właśnie w maju i czerwcu będę grał z Ras Lutą.

Boże jak ja długo odpowiadam (śmiech).

FT: To akurat bardzo dobrze (śmiech). Wspominałeś o ćwiczeniach. Jak dużo trzeba ćwiczyć żeby tak dobrze grać?

MM: Na początkowym etapie bardzo skupiałem się na technice, niektóre rzeczy robiłem nieświadomie. Żałuję, że nie miałem nauczyciela, który by mi ustawił ręce, pokazał jakieś techniczne rozwiązania, które mógłbym wykorzystać.Kiedyś na pewno ćwiczyłem dużo więcej, teraz kiedy tego czasu jest mniej już wiem, że trzeba przede wszystkim ćwiczyć mądrze i systematycznie. Ważniejsze od tego żeby ćwiczyć dużo („zamordyzm, siadam dziesięć godzin, wychodzę z salki nieżywy”), jest to żeby ćwiczyć systematycznie. Swojego czasu ćwicząc, robiłem tak, że planowałem ćwiczenia na najbliższą przyszłość. Drukowałem sobie tabelkę z excela i wiedziałem, że w danym tygodniu będę musiał ćwiczyć na przykład cztery godziny dziennie. Oczywiście planowałem każdą z tych godzin. Zaznaczałem sobie co już wyćwiczyłem, na co nie znalazłem czasu. Dzięki temu mogłem monitorować postęp. Bez tego może się zdarzyć taka sytuacja, że pójdę do salki poćwiczę sobie dziesięć minut i… no dobra, pogram sobie covery, pojammuje sobie. I tego właśnie staram się unikać. Staram się jak najbardziej celebrować czas spędzony z instrumentem, kiedy mogę po prostu poczuć, że się rozwijam i że zrobiłem coś dla siebie. To jest bardzo dobre uczucie.

mateusz modrzejewski 2

FT: W początkowych latach Twojej gry, kto był dla Ciebie największym perkusyjnym wzorem?

MM: Mike Portnoy, zdecydowanie Mike Portnoy! Miał on trzy centrale, dwa stołki, cztery werble, miliard blach i do tego jeszcze wstawał, grał na stojąco, żonglował pałkami, wydawało mi się, że jest to Opus Magnum, tego co można zagrać na tym instrumencie. Moim kolejnym mentorem (ideałem) był diametralnie inny bębniarz, David Garibaldi. Legendarny, funkowy bębniarz. Jak usłyszałem kilka płyt Tower of Power to byłem zmiażdżony tym jak skomplikowane rzeczy ten gość gra, a to nadal brzmi jak groove’y. To brzmi jak muzyka, a nie jak ćwiczenia. Potem Vinnie Colaiuta. Niesamowity perkusista, który gra wszystko i to wszystko gra rewelacyjnie. Potem zacząłem słuchać głównie oldschoolowych, jazzowych bębniarzy, jak na przykład Jo Jones, ale również współczesnych takich jak Dave King, Chris Dave, Eric Harland, Daru Jones. W tym momencie największą inspirację, głównie jeżeli chodzi o rytm, czerpie z producentów. Właśnie J Dilla, czy Madlib, czy Elaquent, ta warstwa rytmiczna jest niesamowicie inspirująca. To, że uderzenia są konsekwentnie przesuwane o kilka milisekund w jedną czy w drugą stronę, nie ma hi-hatu, albo hi-hat jest w jakiś nielogicznych miejscach i nagle się okazuje, że jest to zupełnie nowa jakość, którą można wykorzystać na bębnach i mi się to podoba. Mnie to kręci i to jest pole, w którym się czuję coraz swobodniej, w którym czuję się dobrze podczas grania, to są rytmy które mną ruszają i mam nadzieję, że słuchaczem również ruszają.

FT: Dużo mówimy o Twoim (Waszym) koncercie. Nie znaleźliśmy się tu bez przyczyny, jest to premiera Waszej EP-ki. Mógłbyś nam opowiedzieć co charakteryzuje tą EP-kę?

MM: Gdybym miał powiedzieć o jednej rzeczy, która jest wspólnym mianownikiem tych utworów to są to na pewno te rytmiczne wariacje. Warstwa grooveowa jest na tej płycie bardzo ważna. Jest to trochę suma naszych obecnych inspiracji, tego nad czym pracowaliśmy, co czujemy i na czym się teraz najbardziej skupiamy w muzyce. Na EP-ce „Kiedykolwiek” znajdziemy instrumentalne „Biblioteki” od, których się nasza przygoda zaczęła. Jest tez utwór z Igorillą, znanym między innymi z Mamy Selity. Utwór z Pablopavo i utwór z Dorotą Miśkiewicz i z Ńemym. Każdy z tych utworów jest „krzywy” na swój sposób. Wydaję mi się, że na każdym z tych utworów udało nam się osiągnąć porozumienie między nami, a gośćmi. Nie jest tak, że – „Hej Pablo, napisaliśmy piosenkę, chodź ją nawiniesz”. Nie. Udało się nam, połączyć nasz styl, nasze pomysły z pomysłami gości. Tego chcemy się trzymać. EP-kę najlepiej można opisać jako suma wrażliwości naszych i naszych gości. Tymek jest bardzo rozpoznawalnym gitarzystą jeżeli chodzi o jego brzmienie. Bo jest to niesamowity wariat, który umie wykręcić z tej swojej „podłogi” magiczne soundy. Bartek jest rewelacyjnym basistą, który również ma bardzo charakterystyczny styl, bardzo rozpoznawalny groove i ja też staram się uzyskać i utrwalić mój własny styl. Szukam własnego głosu w perkusji. A czy można to wszystko usłyszeć na tej EP-ce to już pozostawiam do oceny odbiorcom.

FT: No właśnie. W tym momencie przydałoby się wtrącić, gdzie poza dzisiejszym koncertem będzie można kupić waszą EP-kę?

MM: Fizyczną postać EP-ki można zdobyć za pośrednictwem strony Kalejdoskop Records – czyli naszego wydawcy. Kalejdoskop Records to jest świeża, niezależna wytwórnia, która właśnie zaznacza swoje miejsce na mapie Polski i Warszawy. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że to właśnie ta wytwórnia wydaję naszą płytę. EP-kę można również zamówić poprzez naszego Facebooka. Można ją też zamówić poprzez Facebookową stronę Kalejdoskop Records. Przesłuchać i kupić na wszystkich portalach muzycznych takich jak iTunes, czy Spotify. Klipy do kilku utworów są też na Youtube. Oprawę graficzną zrobił Michał Bryndal, nasz kolega, fenomenalny perkusista jazzowy, znany też ze współpracy z VooVoo. Ta ich nowa płyta („Dobry Wieczór”) to jest coś pięknego! Powrócili do takich długich, mantrowych form. Michał Bryndal gra te rzeczy przepięknie! Zdecydowanie jeden z moich ulubionych, polskich bębniarzy.

FT: Można powiedzieć, że wyprzedziłeś trochę moje kolejne pytanie…

MM: A to przepraszam… (śmiech)

FT: Absolutnie nic się nie stało! Jakie macie plany na przyszłość (taktoprawda)?

MM: Wydaję mi się, że zostaniemy w formacie EP-kowym. Chcemy wydawać mniejsze formy materiału, w krótszym czasie, tym bardziej, że rozmawiamy już z kolejnymi wspaniałymi gośćmi i nie chce na razie zdradzać kto to będzie, ale będą to bardzo, bardzo poważni zawodnicy. Kolejne bity z naszej strony już powstają i ja tak bardzo pobożnie bym sobie życzył, że druga EP-ka ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku.

FT: Bardzo na nią czekamy w takim razie. A co z koncertami?

MM: Plany koncertowe są, a więcej informacji pojawi się w najbliższym czasie.

FT: Chciałbyś może zdradzić jaka jest geneza nazwy „taktoprawda”? Skąd się wziął taki pomysł?

MM: Wydaję mi się, że ta nazwa była gdzieś tam obecna w naszych głowach i czekała. W momencie, w którym stwierdziliśmy, że przeradzamy ten „próba-band” w coś co ma rzeczywiście zacząć grać, uznaliśmy że potrzebna jest jakaś nazwa. Wtedy któryś z nas powiedział – „to może, taktoprawda, pisane z małych liter i bez spacji? Super! To tak się nazwijmy”.

FT: Grałeś między innymi z Michałem Urbaniakiem, Marią Sadowską, Majką Jeżowską oraz Izabelą Trojanowską. Mógłbyś opowiedzieć jak wygląda współpraca z takimi ludźmi? Co wyciągnąłeś z takich doświadczeń? Może chciałbyś się na coś poskarżyć, albo powiedzieć o czymś wyjątkowo miłym?

MM: Skarżyć się nie ma na co. Wiesz, to nie o to chodzi. Dla mnie jest to zawsze jakiś tam stres, ale to nawet nie chodzi o to, że – „o, trzeba zagrać bo to jest ktoś ważny”. Nie, ja o tym myślę w inny sposób. Ja wiem, że to są czyjeś piosenki, czyjś dorobek artystyczny i że ktoś ma pewne oczekiwania dotyczące tych utworów. Oczywiście są artyści, którzy dają większe pole do manewru, którzy pozwalają przearanżowywać partię, którzy pozwalają wnosić wiele swojego własnego głosu do ich utworów. Dla niektórych jest to inspirujące – „WOW, nowa energia, super”! Są też tacy, którzy wolą żeby odtwarzać ich utwory i to też jest OK. Jest to element tego zawodu i uczy to z pewnością solidności i sumienności. Nie można sobie pozwolić na to żeby zepsuć komuś koncert. Ludzi nie interesuje to czy bębniarz akurat był nie w formie czy to, że basista miał zły dzień. Trzeba artyście zapewnić komfort i zawsze być w pełnej gotowości. Uczy to sumienności, solidności i w pewien sposób również otwartości, ponieważ trzeba się nastawić na współpracę z różnymi ludźmi. Ja sobie to bardzo cenię, że miałem okazję współpracować z różnymi artystami, że nowe nazwiska się cały czas pojawiają, że telefon się „odzywa” bo jest to również mój własny rozwój. A to jest bardzo ważne. Z każdego grania można coś wynieść, czegoś się nauczyć.

FT: A co Ci daje większą satysfakcję – granie z „Wielkimi” czy granie z zaprzyjaźnionymi muzykami w różnych projektach?

MM: Wydaje mi się, że każde granie jest ważne i że z każdego grania można coś wynieść. Nie ma to znaczenia czy jest to wielki artysta, na wielkiej scenie, czy granie dla dwudziestu osób w klubie. To zawsze jest czas spędzony przy bębnach. Mam bardzo duże szczęście, że z większością składów z którymi gram, mam dużą swobodę wypowiedzi artystycznej. Majka (Jeżowska) jest bardzo otwarta, Michał (Milczarek) również, Ńemy także. Mam duże szczęście, że nie wpadłem w taką czystą „sidemankę”, w której oczywiście nie ma też nic złego. Są ludzi którzy robią to świetnie, są mega snajperami i mega szacun dla nich. Ale ja mam to szczęście, że zawsze mam duże pole do popisu co się wiąże również z możliwością samorozwoju. A w taktoprawda to już wiadomo, że mogę sobie poszaleć. To jest super! Bardzo sobie to cenię.

FT: Rozmawiamy tutaj o samych pozytywnych aspektach Twojej kariery, ale czy mógłbyś nam powiedzieć, czy miałeś kiedyś w życiu taki moment, gdy uznałeś, że nie chcesz mieć z muzyką już nic wspólnego?

MM: Wiadomo, że u każdego pojawia się w pewnym momencie jakaś frustracja. Czy to frustracja związana z pewnymi trudnościami technicznymi czy z tym, że trudno jest opanować jakiś nowy styl, gdy przez ostatnie pół roku grało się na przykład tylko fusion. Czasami się rozdwajają telefony, że są jakieś koncerty reggae do zagrania i wtedy ciężko jest się przestawić. Jest to frustracja bo jest to również dyskomfort dla pozostałych muzyków. Zdarza się czasami też „ciężka” współpraca z niektórymi artystami, ale ze wszystkiego staram się wyciągać jakieś wnioski i zapobiegać pewnym sytuacjom na przyszłość. Sumienne „odrabianie pracy domowej” pomaga zminimalizować te negatywne aspekty. Jest wtedy dużo łatwiej gdyż można już rozmawiać tylko o artystycznych elementach, a nie o trudnościach technicznych. Frustrujące jest również z pewnością noszenie bębnów! Składanie i rozkładanie ich. To też nie jest wcale fajne w tej pracy. I pod tym względem (transportu) tego instrumentu nie polecam.

FT: A jakie jest Twoje największe marzenie jeżeli chodzi o muzykę?

MM: Po prostu, żeby grać. Żeby móc dalej grać na bębnach, rozwijać się , stawiać sobie kolejne wyzwania i realizować je. Na przykład słuchasz nagrania na którym gra Dave Weckl i po pierwszej przebitce wiesz, że jest to właśnie Dave Weckl. To jest właśnie to nad czym dużo pracuje – własne brzmienie. A jeżeli chodzi o jakieś takie sytuacje, z kim chciałbym zagrać czy z kim chciałbym pracować to na pewno chciałbym zagrać z Pablopavo i Igorillą, Dorotą Miśkiewicz i Ńemym, co właśnie dzisiaj uczyniłem, więc jestem szczęśliwy.

FT: Co jest według Ciebie najprzyjemniejszym aspektem bycia muzykiem?

MM: Satysfakcja. Jest to coś czego nie a się z niczym porównać. Jest to kwestia jakiegoś spełnienia. To jak ludzie przychodzą na koncerty i jak się na nich bujają, to jest uczucie nieporównywalne z niczym innym.

FT: Są może jakieś wydarzenia, które chciałbyś polecić naszym czytelnikom?

MM: Polecam przeglądać gdzie gra Majka Jeżowska. I polecam też sprawdzać co się dzieje w obozie Michał Milczarek Trio, dlatego że zaczynamy pracę nad kolejnym wydawnictwem. W lipcu będziemy grać w Wielkiej Brytanii i być może pojawi się też kilka koncertów w Polsce. Skończyliśmy właśnie niedawno trasę promującą naszą debiutancką płytę – „Squirrels and Butterflies”, ale jeszcze kilka koncertów z tym materiałem zagramy. W wakacje poprowadzę również kilka warsztatów perkusyjnych, między innymi kilkudniowy Drum Camp Poland.

FT: Powiedz mi jeszcze tylko, czego mogę Ci życzyć?

MM: Mocnej wątroby!

FT: OK, a czegoś poza mocną wątrobą?

MM: Konsekwencji, wytrwałości i tyle. Nie wiem. Ja w ogóle jestem bardzo szczęśliwy. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. I oby było tak dalej.

FT: Dobrze, to w takim razie już wszystko. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

MM: Dzięki wielkie.

Rozmawiał: Norbert Frątczak

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.