[WYWIAD] Szymon Weiss
– Bez kompromisów

Rozmawiamy z Szymonem Weissem, który po sukcesie pierwszej płyty “Starter” – wydanej jako Elektrische.TV, wraca z nowym albumem „33 Godziny”!

weiss3
fot. Michał Nowotniak

ROZMAWIAMY Z SZYMONEM WEISSEM, KTÓRY PO SUKCESIE PIERWSZEJ PŁYTY „STARTER” – WYDANEJ JAKO ELEKTRISCHE.TV, WRACA Z NOWYM ALBUMEM „33 GODZINY”!

FINE TUNE: Pierwszą płytę „Starter” wydałeś jako Elektrische.TV. W listopadzie ukazał się album „33 godziny”, ale już pod twoim własnym nazwiskiem. Dlaczego postanowiłeś zrezygnować z tamtego wcielenia?

WEISS: Zrobiwszy poważną muzykę filmową, teatralną czy do gier komputerowych, moje nazwisko zapracowało już, by porzucić Elektrische.TV. To pseudo czeka teraz nowa przyszłość. Jeszcze nie wiem jaka. Może wydam kasety z EP, które od ponad dwóch lat leżą w garażu wydawcy.

FINE TUNE: Twoja elektronika nie spieszy się, rozwija, uwodzi i atakuje. Nawarstwia się i kumuluje. Od czego zaczynasz konstrukcje swoich utworów? Od beatu, basu czy czegoś zupełnie innego?

WEISS: Często startuję od gotowego miksu po skończonym utworze. Byle element wystarczy. Dlatego uwielbiam suity i długie, nieprzerwane dni pracy nad nimi. Buduję w takich warunkach kilka bardzo konsekwentnych stylistycznie utworów. 33Hours” w produkcji była niczym gonitwa sześciu po pięć krzesełek. Żonglerka tematami, których jest mniej niż powstałych utworów. Zrozumiesz…” inicjowany był riffem z Mr Constable”, choć obniżony chyba o kwartę; 33 Godziny”, The Transsiberian” i znów Constable” mają wspólne bębny, natomiast do tych dwóch ostatnich nagrałem klaskanie identyczne jak w  La Antena” i Patrzę pod Słońce”.

„Wierzę, że muszę serwować inne doświadczenia. Bo techno to za mało”.

FINE TUNE: Na scenie oraz poza nią muzycznie pomaga ci Igor Szulc, czyli Adre’n’Alin – podopieczny wytwórni Requiem Records. W jaki sposób nawiązała się wasza współpraca, a może nawet przyjaźń?

WEISS: Kiedy w 2005 r. zacząłem produkować muzykę, mój drugi utwór wydało właśnie Requiem Records. Sleep Well III” kompilacja z elektroniką. Utwór Igora otwierał składankę, mój zaś był drugi. Potem zadbałem, by mieć z nim kontakt i już chwilę później remiksowałem jego wokal. Nie planowałem tego wydawać, bo w produkcji byłem jeszcze żółtodziobem. Między 2008 a 2010 rokiem, gdy polskim rynkiem zarządzał Electroclash.pl, a gdy spoza Polski produkowałem już single dla ich wydawnictwa, zacząłem lobbować Virze (szefowej E.C.) Igora, by rozważyła wydanie Adre’n’Alina. Po jakimś czasie chyba wzięła go na regularne już wtedy składanki, a w rezultacie nawet wydała mu EP. Gdy między 2010 i 2012 rokiem wypracowałem już swoje brzmienie i zbliżałem się do zebrania utworów na pierwszy album dla Pink Kong Records, wyprodukowałem pewien kawałek. Bez tytułu i zamieszania typowego dla albumu Starter”. Było w nim dużo miejsca na wokal, a Igor nagrał do niego bardzo dobrą ścieżkę.

weiss1
fot. Michał Nowotniak

FINE TUNE: Produkując samemu muzykę, można powiedzieć, że sam jesteś sobie okrętem i żeglarzem. A jakie trudności pojawiają się, kiedy produkuje się album na własną rękę?

WEISS: Narzekanie niczego nie zmienia. Zwłaszcza, że na świecie są twórcy produkujący w tym trybie znakomite pionierskie albumy. Nadal żyją (może jeszcze nie w Polsce) i pewnie dłubią nowe rzeczy. Ale skoro mogę się pożalić… Gdybym zlecał dla swej twórczości postprodukcję komuś innemu, wydawałbym jeden do trzech utworów dziennie. „Sprzątanie po sobie” (bo tak nazywam miks i mastering) trwa jak trzy razy skomponowanie. Soniczny ideał osiągasz nie wcześniej niż jak Chopin, napisawszy utwór pod niebo wysoki  wzbogacisz go brzmieniem szajsu od Tiëstö. Trochę marudzę, ale kocham miksowanie. Zresztą nikt nigdy  komu zaryzykowałem oddanie moich ścieżek do postprodukcji  nie zrobił tego tak, jak w głowie słyszałem. A dzięki temu, że pojąłem misterium inżynierii dźwięku dostaję masteringowe zlecenia od coraz poważniejszych graczy.

„Jeśli się pragnie robić znakomite i wyjątkowe rzeczy, to praca etatowa jest wykluczona. Inaczej wyjdzie ci pitu-pitu.

FINE TUNE: A wyrzeczenia?

WEISS: Ważne jest poświęcenie się w całości temu, co się robi. Jeśli się pragnie robić znakomite i wyjątkowe rzeczy, to praca etatowa jest wykluczona. Inaczej wyjdzie ci pitu-pitu. Najlepiej nie pracować zupełnie. Dla pieniędzy staram się robić rzeczy nie więcej niż godzinę dziennie. Nie chcę zasilić grupy, w której mówi się, że robiłby coś, ale w agencji właśnie reklamuje Opla i keczup; „ogarnie na Macu projekty” i zacznie ten album, gdy będzie miał wolne w 2020 roku. Fajnie, że chłopaki u pracodawców mają ubezpieczenia, stałe przychody, karnety na basen i nie martwią się o ZUS. Z drugiej strony  w takim środowisku zjadają nie tylko paznokcie, ale i kreski kokainy. I o stworzeniu czegoś naprawdę dobrego zapominają. Szczęśliwie to nie moje ekstremum.

FINE TUNE: A jakie jest?

WEISS: Izolacja. Gdy w nią lecę, to po miesiącu dostrzegam, że oprócz tych z Tindera najlepszą przyjaciółką staje się pani w osiedlowym spożywczaku. Izolacja to pierwszy gwarant odjazdu w kierunku geniuszu. Albo w herezję. Z drugiej strony w takim trybie zapominam całe doby o jedzeniu, co rujnuje mi ciało, ale głównie samopoczucie. Przybliża myśli apatyczne, a pozbywa sensu tworzenia czy istnienia w ogóle. Zaniedbuję wtedy ludzi na których mi zależy, oni się oddalają. Wzmaga się paranoja. Więc może jednak warto chodzić do jakiejś pracy? By  mieć cyrkulację tlenu, choćby wymuszoną. A gdy motywacja blisko zera, to znajdą się jeszcze komentatorzy! Powiedzą, żeś: głupek, czubek, wariat, niepoważny etc. Znamienne, że to najczęściej nudni, znudzeni, zazdrośni ludzie. Być może nie doświadczyli ćwierci tego, co ten „wariat”. Nie omieszkają poczuć się w upoważnieniu, by z innego z góry ocenić. Dlatego powtarzam, że NIE WOLNO ludzi bagatelizować i protekcjonalną krytyką podcinać skrzydeł czyjegoś entuzjazmu. Nie wolno też zarazić się cynizmem karierowicza. Szacunku nie zazna prawdziwie ten, co sam nie szanuje. Ale to wszystko chuj. Skończyłeś album? To teraz go promuj.

„Zrobić coś naprawdę popierdolonego to jak fizycznie wybiegać serotoninę”.

FINE TUNE: Który utwór z płyty jest dla ciebie najcenniejszy i dlaczego?

WEISS: Mam trzech faworytów. „The Transsiberian” uznaję za mój osobisty majstersztyk tego albumu. Proces twórczy przy nim windował mnie niczym zakochanie. Kilkoro mi bliskich osób doskonale zrozumiało ten zadziorny, szorstki twór. Najlepiej chyba Karol Moch (który niezwłocznie zaczął produkować teledysk). „La Antena” uwielbiam, bo to abstrakcyjna podróż. Nietypowa dla charakterystycznego dla mnie dążenia do riffu czy ewidentnego tematu. To niemal wyłącznie hipnotyczna, atonalna perkusja. I hipnoza była założeniem. I typowe dla mnie było pójście na wspak w tym założeniu, bo przecież niespodziewany, nierytmiczny trzask, który wprogramowałem, zwykle niebagatelnie budzi ludzi na parkietach. Lubie jeszcze „Zrozumiesz..”, bo to zwyczajnie dobry kawałek. Taki prawie klasyczny.

FINE TUNE: W jaką podróż zabiera słuchaczy album „33 godziny”? Gdybyś miał to opowiedzieć ze swojej perspektywy, jak chciałbyś, żeby ta płyta była odczytywana?

WEISS: Nie analizowałem jej z tej strony. Ktoś pomyśli, że to nikiforyczna schizofrenia, ale tak! Dla mnie najważniejszy jest akt tworzenia. Naiwny frazes, ale tak to działa! Jak krzyżówka czy pasjans dla innego kogoś. Autoterapia. Zrobić coś naprawdę popierdolonego to jak fizycznie wybiegać serotoninę. Ale bez dwóch zdań pragnę słuchaczy. Są nieodzownym elementem mojej gonitwy za tym „nie wiem czym”. Tylko że dbam, by ten ktoś brał pod uwagę, co następuje: w kilka lat mej muzycznej aktywności i mimo że muzykę robię niszową, dostałem dużo wiadomości od zaskakująco szerokiego spektrum ludzi. Wspólne zainteresowanie to otwartość, tolerancja na innowacyjność. Na bystry twór, który fałduje mózg jeszcze głębiej. Popularni twórcy często bagatelizują intelekt swego rynku zbytu, wierząc, że ten chce tylko rozrywki od chwili do chwili, jako przerywnik. Ja wierzę, że muszę serwować inne doświadczenia. Bo techno to za mało.

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.