[RECENZJA] Ugly 10 –
„ Adèle Syndrome”
Recenzja płyty „Adele-syndrome” autorstwa Ugly 10.
Ugly 10 to warszawska formacja grająca rocka alternatywnego, ale jak na moje ucho, z domieszką amerykańskiego pop rocka. Niedawno, bo pod koniec września zeszłego roku ukazała się ich druga epka, zatytułowana „Adèle Syndrome”. Wydawnictwo składa się z 5 autorskich utworów, których momenty mogą się zarówno podobać, jak i drażnić.
Nie wiem dokładnie, jaki efekt końcowy chcieli osiągnąć muzycy z Ugly 10 nagrywając ten mini album, ponieważ jego niespójność budzi mocno mieszane uczucia. Począwszy od tego, że przeskakują brzmieniowo pomiędzy Maroon 5, a Panic! at the Disco, wywołując w ten sposób dysonans emocjonalny u słuchacza. Wokalista sprawia wrażenie, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce być emo punkiem czy sexy rockmanem z popowym zacięciem. Jeszcze bardziej dezorientują chwile, w których na płycie wchodzą ciężkie gitary rodem z post hardocore’u. Chciałoby się rzec: Chłopaki, zdecydujcie się na coś!
Nie rozumiem też przydługich przeciągnięć słów w niemalże każdej piosence, tzw. „wyciągania” dźwięków. To niezwykle denerwujące w wykonaniu Pana wokalisty, gdyż jego głos, przykro mi to stwierdzić, ale nie ma ciekawej i poruszającej serca barwy. Jest trochę nijaki. Brakuje mu dramatyzmu, który np. posiada wokalista emo pop punkowego Taking Back Sunday. Jest to taki rodzaj dramatyzmu, który pociąga słuchacza w głąb depresji, jeżeli on tego akurat potrzebuje lub odwrotnie, wyciąga go z szarości. W dodatku, jako kolejny minus muszę dorzucić powtarzalność, która na tak małym wydawnictwie, jak 5 piosenek, nie powinna się pojawić. Niestety, refren utworu otwierającego, czyli „Lying” jest melodycznie podobny do refrenu kawałka nr 3 pt. „Pieces of Me”. Im dłużej wsłuchuje się w ten album, tym bardziej nie mogę pozbyć się wrażenia, że słucham Adama Levine’a umieszczonego w emo pop punkowym projekcie. Czy jest to coś pozytywnego, czy negatywnego pozostawię Wam do oceny, ponieważ wszyscy dobrze wiemy, że o gustach nie ma co dyskutować. Powiem tylko, że w mojej opinii wprowadza to niepotrzebny zamęt.
„Zespół ma potencjał, ale słychać, że to dopiero początki
i doszlifowywanie prawdziwego charakteru grupy.”
Chyba jedynym utworem, który zwrócił na dłużej moją uwagę jest „Lust”, ponieważ zachowana jest tu wyczuwalna równowaga. Słyszymy łagodną gitarę i ciepły wokal. Jest to bardziej pop rockowy kawałek, niż alternatywny, ale ma coś w sobie. Delikatne, odseparowane od siebie dźwięki gitary w bridge’u i ledwo słyszalny szmer talerzy, nadają romantycznego klimatu, co sprawia, że całość wydaje się być bardziej sympatyczna w odbiorze niż inne piosenki z „Adèle Syndrome”. Barwa głosu wokalisty też nabiera tutaj zupełnie innego, „słonecznego” wydźwięku, który moim zdaniem o wiele lepiej do niego pasuje, niż ten nienaturalny emomelancholizm. Może to tylko moje wrażenie, bo zdecydowanie preferuję indie, ponad emo dźwięki, ale ta piosenka dzięki miękkości, która została w nią wprowadzona, zyskała na wartości, której brakuje pozostałym.
Nie udało mi się uniknąć wielu krytycznych słów w kierunku twórczości chłopaków z Ugly 10, ale za czarnymi chmurami zawsze nieśmiało świeci pocieszające słońce. Tak też stało się tutaj i z pozornego chaosu, wyłoniły się pozytywy, z których zespół może być dumny. Mam nadzieję, że miłą będzie dla nich wiadomością fakt, że dostają ode mnie plus za dobry amerykański akcent wokalisty, który sprawił, że te gorsze w moim odczuciu utwory nie były tragiczne, tylko słabe. Zespół ma potencjał, ale słychać, że to dopiero początki i doszlifowywanie prawdziwego charakteru grupy. Czekam na kolejne wydawnictwa Ugly 10, aby zobaczyć jaki progress może się w nich dokonać, bo mam wrażenie, że stać ich na więcej.
Nela Grabowska
O autorze:

- Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.




