[RECENZJA] TUFF ENUFF – „SUGAR, DEATH AND 222 IMPERIAL BITCHES”

Recenzja płyty Tuff Enuff.

SAM_8296

RECENZJA WYDAWNICTWA ZESPOŁU TUFF ENUFF „SUGAR, DEATH AND 222 IMPERIAL BITCHES”.

Tough Enough, które w spolszczonej wersji brzmi Tuff Enuff, to nazwa kodowa dla polskiego bandu groove/thrash metalowego. Zasadnicze pytanie nasuwające się na początku przemyśleń brzmi – czy chłopaki są wystarczająco twardzi na nowym materiale, jak udawany wzwód Billguna w popularnym reality show? Sprawdźmy zatem.

„jest tu ciężkość na miarę naszych czasów – ogromnie sterowalna, przewidywalna, okrojona i przepuszczona przez bezlitosny proces masteringu.”

Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu numeru nr 1 z omawianego albumu było bardzo pozytywne. Pomyślałem, że wreszcie powstało coś konkretnego. Coś giętkiego, a zarazem twardego jak kij, który po odgięciu w tył wraca na swoją pozycję z dużą energią, by uderzyć w twarz nierozsądnego człowieka. To było jednak pierwsze, szczerze powiedziawszy, złudne wrażenie. Możliwe, że zasugerowałem się sugestią brzmienia inspirowanego Soulfly, stąd moje nadzieje. Jakiż był mój zawód, gdy po mocnym R U Tuff? dostałem szklankę soku cytrynowego z podpisem Suicidal Girl. Miałem tylko nadzieje, że to swego rodzaju diss na słabe zespoły reprezentujące dzisiejszy ciotocore (tzw. drugą falę metalcore’u). Zwartość muzyczna jest w miarę zwarta. Nie uświadczymy tu większych odstępstw, czy głaskania pod włos. Rzecz jasna nie przez cały album. W moim personalnym odczuciu, jest tutaj kilka zgrzytów, zwłaszcza w kwestii linii melodycznej. Numery przez 99% zawartości atakują szybkim i agresywnym wejściem, które rozbudzają apetyt, by po kilku sekundach zniszczyć ochotę na numer, gdy piosenka przeradza się w grany lekką ręką rock. W końcu takie smaczne wejście w postaci piosenki numero uno, prawda? Niestety, cytując klasyka myśli filozoficzno-procentowej „Życie depcze wyobraźnię”. Jasne, owszem – album ma wszelkie przymioty potrzebne do kwalifikacji muzycznej i pieczątki w książeczce „Ciężkość”. Jednak jest to ciężkość na miarę naszych czasów – ogromnie sterowalna, przewidywalna, okrojona i przepuszczona przez bezlitosny proces masteringu.

Mam dziwne wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za finalne sklejenie wielu albumów metalowych, pracowali wcześniej przy albumach popowych. Wygładzamy, obcinamy, kastrujemy i przepuszczamy przez setki filtrów. Tuff Enuff próbuje się bronić, ale ta obrona jest dziurawa. Szczerze, to wszystkie punkty oporu można zebrać w całość i wypuścić EPkę, zamiast LP. Jest wiele ciekawych momentów, które z przykrością są przerywane przez bezpłciowe granie. To cholernie okrutne, bowiem wiele razy podczas przesłuchiwania materiału, moja nadzieja przypominała sinusoidę. Wznosiła się wraz z dobrymi momentami muzycznymi i opadała w dół, gdy serwowano mi dziwne figury muzyczne.  Bardzo mnie cieszy, że materiał obfituje w groove metalowe brzmienie. Uwielbiam ten soczysty pocisk w postaci wystrzelonej kuli armatniej dźwięków, zdzieranie gardła i galopującą perkusję. I gdy utrzymać album ten w takiej tonacji, piałbym i skakał z zachwytu. Niestety, jest to przerywane największą porażką metalowego grania czyli thrash metal. Rozumiem, że wielu inspirowało się początkowym brzmieniem Wielkiej Czwórki. Tak, to było zacne, ale z czasem ten podgatunek przeszedł mutację. Starczy powiedzieć, że każda małpa zagra thrash metal z gitarą przestrojoną o ton czy półtorej niżej. Zero filozofii.

„Miejscami miałem wrażenie, że słucham jakiegoś wyprodukowanego na skalę masową core’u. Posmak nielubianego przeze mnie szpinaku w tak kochanych pierogach ruskich.”

Nie mogłem pominąć najbardziej depresyjnej piosenki z całego krążka. Swoim powolnym tempem, przygnębiającym charakterem linii melodycznej i wykrzykiwaniem surowych słów odwołujących się do szarej rzeczywistości, numer jest najbardziej… melodyczny. Dokładnie tak! Paradoks, który przerodził się w coś, co buja mnie najbardziej. Powolne tempo, wyrazistość i pietyzm nad każdym dźwiękiem przypomina mi o stoner metalu. Udane odniesienie się do wachlarza gatunkowo-brzmieniowego.

Nie do końca podobają mi się te lekkie przejścia czy refreny, które występują w większości kawałków. Zdjęcie nogi z gazu w stosunku do ogólnej, bardzo soczystej treści muzycznej, wywołuje u mnie mieszane uczucia. Bardzo możliwe, że wynika to z zachłyśnięcia się numerem opatrzonym jedyneczką na albumie, gdzie całość nie zwolniła nawet na sekundę, pozbawiając mnie pierwotnych obaw co do wykastrowania brzmieniowego obecnej sceny metalowej. Miejscami miałem wrażenie, że słucham jakiegoś wyprodukowanego na skalę masową core’u. Posmak nielubianego przeze mnie szpinaku w tak kochanych pierogach ruskich.

„Już nawet otoczenie się ponad dwustoma paniami negocjowalnego afektu nie przyniosło zamierzanego skoku testosteronu.”

Inna sprawa to niestety regres brzmieniowy w porównaniu z poprzednimi albumami. Pardon, ale to jest bardzo zauważalne, bije po uszach niesamowicie. Naturalną drogą człowieka powinien być rozwój, z poszanowaniem doświadczeń z przeszłości, pamiętając o przyszłości. To jutro było wczoraj, powinniśmy myśleć w przód. Niestety, myślenie w przód nie wypadło dobrze w przypadku tegoż albumu. Wśród wszechobecnej kastracji z jaj brzmieniowych, miałem nadzieje, że polski band oprze się tej zbrodniczej działalności. Pozostanie wiecznie zbuntowanym gościem, który nawet w zimę chodzi w trampkach. Spłycenie, rozwarstwienie i mieszanie z łagodniejszymi partiami zrobiło swoje. Już nawet otoczenie się ponad dwustoma paniami negocjowalnego afektu nie przyniosło zamierzanego skoku testosteronu. Czy to signum temporis naszych czasów, iż zespoły metalowe, przestają grać ciężko? Najwyraźniej trzeba być albo renegatem, albo siedzieć w niszy muzycznej coby nie ulec dosłownemu zgwałceniu z pierwotnego brzmienia.  Oczywiście, nie mam tutaj zamiaru krytykować bezpodstawnie, punktując wszystkich i wszystko. Jestem człowiekiem, który optuje za rozwojem, patrzeniem w przyszłość i prognozowaniem jej. Układaniem strategii i myśleniem kategorią „czerpię doświadczenia z wczoraj, aby dzisiaj, kreaować lepsze jutro”. Wychodzi więc ponownie pytanie z początku recenzji, a mianowicie: czy panowie są wystarczająco twardzi na nowym materiale? Odpowiedź brzmi: nie. Są próby, jednak przypominają one zgrywę jaką toczą między sobą kumple.

Sumując i wyjaśniając swoją ocenę: są starania, jest ten depresyjny kawałek i groove’owe ciężkości, jednak wszystko to jest przysypane toną gładzenia oraz kastracji brzmieniowej. Na dodatek dziwne zagrywki w samych numerach, przypominające ciotocore. I ten regres w rozwoju. To on boli najbardziej.

Ocena 5/10
Kamil Karpiuk

O autorze:

Kamil Karpiuk
Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.