[RECENZJA] Phedora – „The House Of Ink”

Tuż na początku jesieni Phedora – młody zespół z Lublina reprezentujący muzykę progresywną, objawia nam swoje dzieło – The House of Ink

okładka duża 20na20

NA POCZĄTKU JESIENI, PHEDORA – MŁODY ZESPÓŁ Z LUBLINA REPREZENTUJĄCY MUZYKĘ PROGRESYWNĄ, OBJAWIA NAM SWOJE DZIEŁO – THE HOUSE OF INK

Debiutancki krążek zespołu zapowiadał się bardzo pozytywnie i jak na rockową alternatywę przystało – z wykorzystaniem mocnych riffów. Sama płyta przyciąga swą eterycznością i mrocznym klimatem, co zwiastuje również kobieta, nakreślona atramentową linią na okładce albumu. Enigmatyczna, ulotna i niejednoznacznie definiowana.

Nie ma wątpliwości, iż płyta oferuje precyzyjne, ostre brzmienie gitary. Znajdziemy na niej jednak również utwory, które mimo dynamicznej gry mogą wprowadzić w stan melancholii, tym samym pogłębiając wymowę liryczną krążka. Stanowi to zdecydowanie ogromny plus, gdyż trzynaście utworów „ciężkiego” grania nie stanowiłoby satysfakcjonującego wydania.

Phedorę porównałabym z muzyką grupy Porcupine Tree. To za sprawą zacierania granic między stylami muzycznymi, łączenia nastrojowości i spokoju z dynamizmem i mrokiem oraz wykorzystywaniem elementów symfonicznych, czego przykładem jest chociażby „Kingdom gone”. Strach, obłęd, szaleństwo – to rzeczy, które możecie poczuć słuchając tego kawałka. Całość dopełniona mrocznymi obrazami, depresyjnym pejzażem bólu i dodatkowo – poruszającymi tekstami, które są domeną tego krążka.

Epicką partię wokalną znajdziecie w „Nevergreen” – moim osobistym faworycie, zasługującym na wyróżnienie spośród wszystkich kawałków znajdujących się na płycie. Jeśli dobrze się wsłuchacie , zauważycie, że utwór oparty jest na specyficznym motywie przewodnim, do którego partiami dochodzą kolejne dźwięki – tworząc w ten sposób przestrzenną konstrukcję muzyczną. Pozytywnie zaskoczyć może pojawiające się nastrojowe gitarowe solo. Nieziemski klimat, odlot, a po chwili znowu uspokojenie. Wszystko w innych muzycznych odcieniach, niesamowicie pobudza wyobraźnię.

Nastrój z każdym kolejnym utworem robi się coraz „ciemniejszy”. Dźwięk dziecięcej pozytywki, hipnotyzujące wibracje, niepokój i mrok – to zaoferuje Wam utwór „Succubus”. Przy odrobinie uwagi i skupienia usłyszeć można w nim inspirację zespołem Opeth oraz specyficzny riff, występujący po refrenie. Szaleństwo. Erotyzm. Psychoza. Śmiało stwierdzam, iż to najbardziej progresywny i schizowy kawałek spośród całego albumu.

Debiutancki album Phedory wywołuje maksymalny przepływ emocji, tym samym nie rozczarowując wszystkich czekających na płytę. Słuchanie utworów jednego po drugim, to podróż w umyśle osoby głęboko zranionej. Człowieka, któremu towarzyszą skrajne emocje, od radości i szczęścia, po ból i rozpacz, w tle pogłębiającego się szaleństwa. Bohater tej historii muzycznej czuje bezsilność w sytuacji w której się znalazł. Jako słuchacze przechodzimy razem z nim przez wszystkie stadia bólu, odnajdując powoli katharsis i ukojenie w utworze „It Was Just A Dream”.

poprawiona duża 20na20

Jeśli macie ochotę na dawkę kompozycji o wysokim poziomie, syntetycznie wypełnionych gamą różnych instrumentów – „THE HOUSE OF INK” czeka. Zdecydowanie warta uwagi opowieść przeplatająca ze sobą przeszłość z przyszłością i próbę pogodzenia się z samym sobą, ubrana w porywającą i efektowną aranżację.

 

Ocena:9/10
Sandra Szmigiel

O autorze:

Sandra Szmigiel
Sandra Szmigiel
Nie ma jednego wyraźnego koloru. Jest "cudzoziemką w raju kobiet". Obserwuje, słucha, komentuje. Czasem śpiewa, czasem gra i ciągle szuka. Wybredna. Zakochana w Panu Burtonie i mrocznych bajkach.