[RECENZJA] Portland Rum Riot –
„53 minuty do wschodu”
Recenzja płyty Portland Rum Riot „53 minuty do wschodu” (hard rock).

PORTLAND RUM RIOT TO ZESPÓŁ, KTÓRY PRZEWIJA SIĘ PO WARSZAWSKIEJ SCENIE MUZYCZNEJ OD KILKU LAT. NARESZCIE UDAŁO IM SIĘ WYDAĆ SWÓJ DEBIUTANCKI ALBUM „53 MINUTY DO WSCHODU”.
Opakowanie i booklet płyty są całkiem fajne, chociaż wpisują się w hipsterski nurt wykorzystania stylistyki kosmosu i odległych planet. Wizualnie można sobie pomyśleć, że za chwilę posłuchamy drugiego „Dark Side of the Moon”. Czar pryska, kiedy spojrzymy na tracklistę. „Amalgamat”, „Twój krzyż na moją drogę”, „Ciemna strona melanżu”… Nic tam, w końcu to hard rock.
Debiutancki album Portland Rum Riot rozpoczyna się najdłuższym kawałkiem na płycie. „Amalgamat” trwa aż 6:42. Tempo około 300 uderzeń na minutę, gitary szaleją, perkusja wali jak oszalała. Pierwszym zgrzytem jest dla mnie mnogość wszystkiego w tym kawałku, przede wszystkim refren brzmi jak z innej piosenki. A za chwilę… jeszcze inny refren? Panowie są albo bardzo alternatywni, albo nie znają się na kompozycji. W połowie piosenki breakdown, nowy refren i granie jak z „Nothing Else Matters”. Najgorsze, że wszystkie te cząstki piosenki brzmią bardzo dobrze, gitarzyści sadzą solówki, perkusista dwoi się i troi. Problem w tym, że zagrywkami z tej piosenki można obdzielić kilka innych. Tak długo o pierwszym utworze, strach się bać co dalej.
Gitarzyści robią świetną robotę, ale ciągły ‘dół’ i ten sam klucz sprawiają, że muzyka brzmi śmiesznie, sztucznie dramatycznie i z wymuszoną epickością.
Dalej RATM-owe „Kim jestem”, ze świetną dynamiką, tylko słowa piosenki jakieś irytujące, tak samo jak wyciąganie wokalu w refrenie. Już przy trzecim kawałku czuję, że wokal na płycie jest wręcz nie do zniesienia i wręcz ośmiesza całe kompozycje swoimi tekstami. Poza tym mam też wrażenie, że cała płyta byłaby znacznie lepsza, gdyby od czasu do czasu była zagrana o nutę wyżej. Gitarzyści robią świetną robotę, ale ciągły ‘dół’ i ten sam klucz sprawiają, że muzyka brzmi sztucznie dramatycznie i z wymuszoną epickością. To już nie czasy dla tego typu zawodzenia i rycia po jednej nucie. Nawet jeżeli robi się to bardzo sprawnie.
Szeroko promowany od dłuższego czasu „Twój krzyż na moją drogę” to powrót do RATM-owych klimatów z domieszką brzmienia rodem z projektów Maynarda (Tool, A Perfect Circle, Puscifer). Naprawdę dobry kawałek i nawet „epicki” wokal sprawdza się dobrze (pomijając zwrotkę przed solówką). Warto jeszcze wspomnieć o zajebistym efekcie ‘zjazdu’ dźwięku pod koniec! A „Kwiaty” witają takim cudownym fuzzem, że aż mam ciarki na plecach. Taka dynamika, a tu nagle zwolnienie i zawodzenie jak z szantów… Tego typu marnowanie potencjału jest maksymalnie irytujące.
Paradoksalnie, taki nagły wyskok z godzinnego zawodzenia, nagle brzmi jak z innego zespołu. Paradoks przeciętności.
„Pozdrowienia z Portland” dobitnie pokazują, żeby panowie z PRR powinni jednak śpiewać po angielsku… Tekst jest tak bzdurny, że nie potrafię ocenić muzyki. No i co to za fałsze przez pół piosenki? Utwór „Przeciętny” jest właśnie taki, „Nie sam” ma kilka dobrych momentów, ale ciągnie się nie do zniesienia. „Detonacja” jest bardzo dobra, bo kompozycja szamocze się dzięki fajnym riffom i świetnym przejściom perkusyjnym. Niestety, wokal psuje tyle samo, ile w poprzednich utworach. I nagle dobrnąłem zirytowany do „Ciemnej strony melanżu”, czyli już ostatniego utworu na płycie. Nareszcie jakaś inna nuta i klimat! Paradoksalnie, taki nagły wyskok z godzinnego zawodzenia, nagle brzmi jak z innego zespołu. Paradoks przeciętności. Niemniej porwał mnie ten kawałek i szkoda, że nie był jednak gdzieś w połowie płyty, żeby tworzyć rozerwanie klimatyczne gdzieś pomiędzy tym całym wymuszonym mrokiem.
Wykonanie płyty jest poprawne. Wokal brzmi sucho, ściana dźwięku przy większej zadymie to prawie studnia, bas w większości kawałków nie istnieje. Bardzo dobrze brzmią za to gitary solowe, no i przede wszystkim perkusja! Jest świetnie zrealizowana, mam wrażenie że przez to wybija się za bardzo ponad wszystko inne.
Płyta „53 minuty do wschodu” jest aż nazbyt równa (wręcz muzycznie płaska), z irytującym wokalem i bzdurnymi tekstami. Ekipa PRR to utalentowani faceci i widać, że mają łeb do kompozycji. Tylko zbyt długo balansują między pop hard rockiem, a niejasną alternatywą. Debiut nie do końca udany, natomiast jeśli faceci przemyślą dobrze, co chcą osiągać swoim brzmieniem, albo załapią jakiś kontekst fabularny/ motyw swoich utworów, to mogą wykroić dobry, następny album.
6/10
Kuba Styczyński
O autorze:

Najnowsze publikacje:
Wywiady08/25/2020[WYWIAD] Maciej Werk z Hedone: Tworzenie kompilacji jest jak wehikuł czasu
Wywiady08/11/2020[WYWIAD] OLENA: Piosenki składam z własnych emocji i przeżyć
RECENZJE08/08/2020[RECENZJA] ROGI CLUSH – „EVEN GODS”
Wywiady08/08/2020[WYWIAD] Yaszczuk: Pisanie piosenek to układanie puzzli z własnych myśli