[RECENZJA] Nasty Crue – „Rock’n’roll nation” (rock&roll)

Recenzja glam metalowej płyty Nasty Crue „Rock’n’roll nation”.

nc

MYŚLICIE, ŻE GLAM METAL JUŻ ZDECHŁ? PEWNIE MACIE RACJĘ…

Zespół Nasty Crue definitywnie ożywia Glam Metal swoim wydawnictwem, natomiast trudno przewidzieć, czy mimo stałego zainteresowania zombie, ludzie chcą oglądać takiego chodzącego trupa. Ale żeby nie było, dajmy szansę.

„Last piece of my heart” rzeczywiście brzmi jak kanoniczny przedstawiciel z dawnych lat, zremasterowany do dzisiejszych standardów brzmieniowych, chociaż bez przesady, bo w zasadzie większość brzmi jak by grała gdzieś w oddali, tworząc nieco iluzję koncertu zarejestrowanego live. W zasadzie utwór jest ok, wokal odpowiednio kontrowersyjny, bo czasem lubi sobie zafałszować jak najlepsi przedstawiciele tego gatunku mieli w zwyczaju. „Dope” wciąga fajną solówką na początku, a potem intryguje riffem i wokalem jak z Sex Pistols. W sumie fajna kompozycja.

Zespół Nasty Crue definitywnie ożywia trupa swoim wydawnictwem, natomiast trudno przewidzieć, czy mimo stałego zainteresowania zombie, ludzie chcą oglądać takiego chodzącego trupa.

„Ukrainian Prostitute” to kolejny dobry kawałek, tym razem także z dobrymi przejściami rytmicznymi, odpowiednio kiczowatą historią i słowami. Wywołuje uśmiech i wciąga jednocześnie. „Stay tonight” uspokaja nieco rytm płyty, tym razem słodkim brzmieniem, gitarowymi wstawkami, które muszą robić dobre wrażenie, niezależnie od tego, jakiej muzyki się słucha. Potem sample z szalejącą widownią, które pogłębiają doznania jak z koncertu.

„Rock’n’roll nation” ma aspiracje na rockowy anthem i pewnie w dawnych czasach mógłby te aspiracje spełnić. „Spell on me” jakoś mnie zirytował punk rockowym rytmem i chyba jest źle umiejscowiony po dość spokojnym hymnie o narodzie rock’n’rolla. A potem… „R’N’R nation”, czyli bis? Trochę zgłupiałem, bo nie rozumiem, czemu znów słyszę to samo. Na zakończenie płyty totalne jajo, czyli rockowe „Jingle Balls”, które mogliby wymyślić Sex Pistolsi na bani w święta. Nie można odmówić temu utworowi stylu, tak jak zresztą całej płycie.

Gdzie w tym wszystkim odnajdzie się Nasty Crue – grające bardzo sprawnie, mieszczące się świetnie w klimacie, ale za to będące w zasadzie „znikąd” i żyjące w czasach, gdzie najgłębsza hipsterska nostalgia sięga tylko do początków muzyki elektronicznej?

Problem z albumem Nasty Crue jest tylko jeden, za to bardzo poważny. Czy ta muzyka ma swoich odbiorców? Czy ktoś chce tego słuchać? A nawet jeśli, to czy nie poprzestanie na tym, co zna już sprzed lat i co kojarzy się z szalonymi latami rock’n’rolla, podkręcanymi przez różne mity i historie o libacjach i orgiach przyprawiających o zawrót głowy? Gdzie w tym wszystkim odnajdzie się Nasty Crue – grające bardzo sprawnie, mieszczące się świetnie w klimacie, ale nie pochodzące z ojczyzny tego typu muzyki i żyjące w czasach, gdzie najgłębsza hipsterska nostalgia sięga tylko do początków muzyki elektronicznej? To wszystko składa się na ocenę końcową, podwyższoną za definitywnie przemyślany styl zespołu i idealne wpasowanie się w kanon danej muzyki.

6+/10
Kuba Styczyński

O autorze:

Jakub Styczyński
Jakub Styczyński
Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.