[RECENZJA] Lecter – „Wydostać”
(industrial rock)

Recenzja „Wydostać” – industrial rockowego zespołu Lecter.

SAM_8265

LECTER TO ZESPÓŁ, KTÓREGO BRAKOWAŁO MI NA POLSKIEJ SCENIE. OD CZASU KULTOWEJ W NIEKTÓRYCH KRĘGACH AGRESSIVY 69, NIE MIELIŚMY GODNEGO PRZEDSTAWICIELA ROCKA INDUSTRIALNEGO. PONIŻEJ RECENZJA PŁYTY „WYDOSTAĆ”.

W zasadzie trudno napisać mi recenzję tej płyty, bo przesłuchałem ją już dziesiątki razy i znam każdy jej dźwięk. Oprócz recenzji, polecam także mój wywiad z Romanem Bereźnickim, który przeprowadziłem tuż po premierze płyty.

Inspiracje panów z Opola można wyłapać błyskawicznie. Perkusja mocna, jakby zaloopowana, proste, agresywne riffy, no i głośno wykrzyczane słowa o ucieczce i ogólnym wkurwieniu na świat. To wszystko wrzuca ich do gatunku industrialnego rocka, obok takich tuzów jak Nine Inch Nails i Ministry (mojej opinii nie przeczy logotyp Lectera niebezpiecznie podobny do nowego logo NIN 😉 ). A jednak Lecter wyróżnia się na tle innych, przede wszystkim dzięki postawieniu na bardzo organiczne brzmienie (żywa perkusja, linie melodyczne które u innych są programowane, tu zostały nagrane przez żywe gitary). No i język polski. Takie jego wykorzystanie w muzyce bardzo mi odpowiada.

Śpiewanie w naszym języku jest bardziej szczere. Trudne, ale szczere. To nowe wyzwanie i aby ten album był spójny, musiał powstać w całości po polsku. To była tylko kwestia czasu. Czas ten jest teraz. – Roman Bereźnicki

Płyta rozpoczyna się wepchnięciem nas w klimat ucieczki. „Jak najdalej stąd!” – wykrzykuje Roman Bereźnicki, a ja już wiem, że ten krążek będzie bardzo często gościł w moim odtwarzaczu. Następnie melodyjne i świetnie zaaranżowane „Tyle mi zostało”, z perkusją pukającą jak idealnie zazębiający kompozycję automat. Potem singlowy „Wielki wóz”, rozpoczynający się fajnym elektronicznym klawiszem, przeciągniętym wysokotonowym piszczeniem i stukającym zaprogramowanym hi-hatem. Świetny break down, wejście z superrytmicznym riffem i perkusją podbijającą zaprogramowany hi-hat. W bridge’ach cichutkie arpeggio na gitarze i sapanie jak u Mansona. A pod koniec jeszcze świetnie wykrzyczane słowa piosenki. Świetna rzecz, której nie powstydziłby się ani Trent Reznor, ani Gary Numan.

Zaraz potem „Dzień i noc” – kawałek, który zaczyna się jakby gorzej niż poprzednie, ale po pierwszym refrenie wraca na tor zajebistości płyty i ostatecznie nie mam mu nic więcej do zarzucenia. Podobne odczucia mam odnośnie „Nie było mnie tu”, które wybija się na początku z klimatu płyty, wrzuca pretensjonalny sample syreny strażackiej i uderza gitarą na wah. W momencie, kiedy wchodzi taka „bondowska” gitarka, robi się ciekawiej, ale subiektywnie jest to odrobinę gorszy moment płyty.

„Znam to” jest cudownym echem twórczości Ala Jourgensena. Riff w bridge’u brzmi jak zapętlony fragment rodem z Ministry, dźwiękowy sample o doskonałości i moralności człowieka dodaje klimatu. A na lewym kanale szaleje wahowana gitara. Mega dobra rzecz. „Na zawsze” wywołuje skrzywienie ponownym wykorzystaniem syreny strażackiej, natomiast po wejściu gitary zamyka mi się gęba, bo tutaj syrena pasuje idealnie (co tylko oznacza, że można było ją olać w „Nie było mnie tu”). Polecam także teledysk do tego kawałka!

„Jest mi dobrze” to długi kawałek, skupiający w sobie wszystkie najfajniejsze niuanse brzmieniowe zespołu i który powoli się rozwija, często zmienia, ewoluuje, przyciąga i uwodzi słuchacza. Mam wrażenie, że Lecter jest jednym z najbardziej zgranych zespołów na polskiej scenie. Każdy instrument zdaje się robić dokładnie to, co powinien. Perkusja ma odpowiednie pierdzielnięcie, ale też stara się zabłysnąć tylko na końcu wersu, gdzieś między gitarą a wokalem, znajdując sobie idealne miejsce na pozytywny niuans. Wokal Romana Bereźnickiego jest naprawdę czysty i drapieżny, co skutkuje tak dobrym odbiorem i szczerością płyty. Wykorzystanie języka polskiego jest doskonałe. Słowa niby proste, nie jest ich też za dużo. A jednak grają mi na emocjach i trafiają dokładnie w sedno. Rzecz, która udawała się do tej pory przede wszystkim Reznorowi i jego Nine Inch Nails, Lecter powtarza i pogłębia, bo odbiór języka ojczystego zawsze będzie dużo bardziej intensywny i szczery.

„Wydostać” łączy nasze korzenie z kierunkiem, jaki obraliśmy teraz. Przykładem jest instrumentalny utwór „Connect”. Nie jest to sielankowa muzyka, ale jest za to bardzo energetyczna i w pełnym wymiarze niesie ze sobą pozytywny przekaz. – Roman Bereźnicki

„Connect” jest jedynym instrumentalem na albumie. Ma tak przyjemne i świeże brzmienie, że kompozycja aż frunie. Dźwiękowo gdzieś pomiędzy NIN, Garym Numanem, a Agressivą 69, oczywiście z pierwiastkiem unikalnym tylko dla stylu Lectera. Wykorzystanie instrumentalu tuż przed ostatnim, tytułowym utworem „Wydostać”, jest bardzo intrygującym zabiegiem i sprawdza się fantastycznie. A jaki jest ten ostatni utwór? To naprawdę szalona, mocna kompozycja, w której panowie puścili hamulce, wrzucili przesterowany klawisz i mocne gitary. A po zakończeniu utworu i płyty jednocześnie, zostaje mi takie mrowienie na plecach. I tylko w głowie i w sercu: więcej! Płyta trwa 42 minuty, co w większości przypadków nie jest wystarczające, natomiast mnogość dźwięku i emocji na tym albumie sprawia, że jest to idealny czas. Na tyle, żeby  wymęczyć słuchacza swoją zajebistością i pozostawić malutki niedosyt na następny raz.

Muszę jeszcze pochwalić stronę techniczną. Cała elektronika, gitary, wokale i perkusja brzmią naprawdę superprofesjonalnie, dokładnie tak czysto jak powinny i tak brudno jak powinny brzmieć w odpowiednich momentach. Dynamika poszczególnych instrumentów po prostu urywa tył i definitywnie polecam słuchać albumu na CD, bo wtedy czuje się całe to pierdolnięcie każdego kawałka i wejścia gitary w refrenie.

Dawno nie przeżywałem takiego przyjemnego katharsis po przesłuchaniu polskiej płyty.

„Wydostać” gości w mojej empetrójce już od dłuższego czasu i stanowi świetny soundtrack do słuchania podczas wkurzającej jazdy do pracy. Dawno nie przeżywałem takiego przyjemnego katharsis po przesłuchaniu polskiej płyty. Żeby nie było – płycie daleko do hardcorowych wydawnictw typu „Land of rape and honey” albo „The Downward Spiral”, natomiast Lecter bierze te bardziej komercyjne elementy wymienionych płyt i wrzuca je w bardzo melodyjny, mniej alternatywny sos, który można posłuchać dla odprężenia, pokiwać głową, albo nawet zapogować pod sceną. „Jest mi dobrze”.

9-/10
Kuba Styczyński

O autorze:

Jakub Styczyński
Jakub Styczyński
Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.