[RECENZJA] Hope – „Da Best Of”
(nu-metal)
Hope to nu-metalowy zespół z Poznania. Recenzujemy ich album „Da Best Of”.

HOPE TO NU-METALOWY ZESPÓŁ Z POZNANIA. RECENZUJEMY ICH PŁYTĘ „DA BEST OF”.
Nu metal to taki podgatunek metalu, który swoje triumfy święcił w latach 90-tych ubiegłego wieku. Gdy ja mając całe dwa lata latałem i dokazywałem, pionierzy zaczynali swoją przygodę. Za zespół-ojca uważa się (i całkiem słusznie) zespół Korn. Meandry charakterystycznego brzmienia pozostawię dla siebie i zainteresowanych, wystarczy powiedzieć, że Linkin Park nie reprezentował nu metalu. Raczej napchany chajsem komercyjny crap.
Mam przyjemność przesłuchania i recenzji płytki „Da Best of” polskiego bandu nu metalowego Hope. I przyznam się bez bicia – czuje w nim same znajome smaczki. Wprawne ucho, które osłuchało się z wieloma bandami i gatunkami, wychwyci wiele inspiracji ze znanych legend. Ponad to rysuje się sztandarowe, niemal encyklopedyczne brzmienie nu metalu – wyrzucanie rymów, groove’owa rytmika, mocarne przesterowanie gitar strojonych do dźwięku 'D’ lub niżej, klaszczące talerze perkusji i wyraźna stopa, oraz równie wyraźny bas i użycie elektroniki. Hope spełnia te niezbędne w moim purystycznym zmyśle nu metalowym warunki, potrzebne do kwalifikacji.
„Hope poszło w stronę Limp Bizkitową. I przyznam się, że to był bardzo dobry ruch.”
Sam początek materiału to solidne nawiązanie do twórczości Limp Bizkit. Uginające się brzmienie, które nie stroni od dobrze spasowanej elektroniki. Pamiętacie Dursta, który wyrzucał z siebie rymy, w akompaniamencie Borlanda na gitarze? No to wsłuchajcie się w „Kut Da Bullshit”. Wystrzeliwanie rytmu, riffów i rymów jest tutaj na porządku dziennym. Nie od parady Limpy inspirowały się east side rapem. Raperzy z wschodniego wybrzeża mieli takie, a nie inne umiejętności w tworzeniu. Dlaczego o tym wspominam? Widzicie, wokal w nu metalu jest różny. Nie ma charakterystycznych cech jak w heavy metalu, nie obowiązuje tutaj growl bądź scream. Wolna amerykanka, którą widać było po wokalistach nu metalowych. Hope poszło w stronę Limp Bizkitową. I przyznam się, że to był bardzo dobry ruch.

Cały materiał jest nacechowany moimi ulubionymi zespołami. Wyczuwam tutaj melodyczne i alternatywne podejście do eksperymentu jakie mają Deftones. Szybki przegląd najlepszych chwil muzyki, skompresowany w własny styl Polaków. Chcecie posłuchać polskich Deftonesów? Odpalcie numer opatrzony symbolem gwiazdki. Nie będę ukrywał, że czekałem na te numery, w których wyczuje Korna. Moja satysfakcja została zaspokojona numerem Love. Pokręcone wejście, pełne zmodyfikowanej linii melodycznej, a potem wypowiadane słowa, na granicy mrocznego szeptu wraz z kolejną falą czystych partii. To wszystko przeplatane soczystym, depresyjnym wybuchem w refrenie. Pierwsze albumy jak nic! Słodkie wspomnienia. A jednak! Hope to własna produkcja. Rodzima. Nie sposób zaprzeczyć, że słychać tam smaki z inspiracji największymi legendami nu metalowego grania. Mimo to band przede wszystkim serwuje nam swój styl, swoje pomysły. Mieszając, plącząc i wpuszczając w przysłowiowe maliny. Nic nie jest raz wyszarpane, raz dodane do pieca.
Stonowany ostry sos – odpowiednia feeria smaków, odpowiednio pali w język i przełyk. I nie, nie wychodzi tak boleśnie. Jest świetnie przyswajalny. Materiał obfituje w swoiste punch-songi, w których rymy rzucane są w wszystkie kierunki, a linia melodyczna to żywa energia i skok w tłum, nie zabrakło mroczniejszych odniesień i wycia prosto z trzewi w akompaniamencie mniej radosnych riffów czy groźnie skandującej dźwięki sekcji rytmicznej. Ba, numer W.A.J.D.A jest jakby hołdem dla płyt amerykańskich raperów. Powolny rytm, charakterystyczny styl wyrzucania rymów, egzotyczna trąbka i angielski w formie getto slangu. Dla mnie istna bomba, szczególnie, że nigdy nie słyszałem tego w tak przyswajalnej dla mnie stronie muzyki.
„Wszędzie indziej nu metal zdechł naturalną śmiercią, tylko w Polsce jest żywy.”
Suma sumarum dawno nie słuchałem tak świeżego materiału pod względem konstrukcji. „Da Best Of” to forma złożona z masy inspiracji, autorskich pomysłów i jednego wielkiego zamysłu na band, z jakże kolorową treścią nu metalową. Hope to dobry drink wykonany przez zdolnego barmana – wyczuwasz w nim znajome i dobrze smakujące składniki, do których autor dorzucił kilka swoich rozwiązań, zamykając to własnym wykonaniem i formą, podając tak, a nie inaczej. Każdy kolejny łyk pozwala zatopić się w znanym, ale i nowym. Najciekawsze jest to, że jest to produkt rodzimy. Polski. Jeśli puściłbym to komukolwiek, kto nie słyszał o bandzie, ale zna nu metalowe rytmy, zapytałby: „Dobre! Są z Stanów Zjednoczonych?”. Nie, są z Polski. Wśród trupów tegoż podgatunku, ogólnej śmierci i braku zainteresowania mediami, powstało coś tak… świeżego, z klasą. Wszędzie indziej nu metal zdechł naturalną śmiercią, tylko w Polsce jest żywy. No dobrze, żywy za sprawą bohaterów dzisiejszej recenzji, bo nie słyszałem, aby gdziekolwiek w Rzeczypospolitej grano w tę modłę, co budzi mój smutek i ból. Jest jednak nadzieja, dosyć jasna i wyraźna, w zespole Hope właśnie. I może inne mniejsze zespoły wyjdą ze swoimi pomysłami widząc, że jest ktoś kto nadal gra w tym stylu?
Płyta dostaje w pełni zasłużone 9/10, moją atencje, pieczęć jakości i błogosławieństwo. Powodzenia panowie!
9/10
Kamil Karpiuk
O autorze:
- Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.



