[RELACJA] Curly Heads w Basenie (16/11/2014)
Relacja z koncertu Curly Heads w Basenie.
Chłodny jesienny wieczór. Pod klubem Basen w śródmieściu miasta stołecznego Warszawy zebrały się tłumy, cierpliwie czekające w kolejce do wejścia na koncert grupy, o której ostatnio w mediach jest bardzo głośno.

Przeważającą liczbą osób w kolejce (jak można się było domyślać), były kobiety i to bardzo młode, ponieważ wokalistą osławionego zespołu, na który wszyscy czekali jest Dawid Podsiadło. Tego dnia Curly Headsi wypełnili Basen całkowicie, a nieprzerwana fala okrzyków, pisków i zachwytów trwała przez całe, ponad godzinne show.
Organizacja wydarzenia wypadła przyzwoicie – szatnie, wpuszczanie na bramce, przepływ osób po klubie – wszystko odbyło się sprawnie. Poza drobnym szczegółem, którym okazała się wpadka w ustaleniu godziny rozpoczęcia koncertu. Początkowo podano w wydarzeniu na Facebooku informację, że zespół zacznie grać o późnej porze, czyli 22:00, pomimo tego, iż nie był zaplanowany żaden support. Po niemałych protestach ze strony fanów, którzy przyjechali spoza Warszawy zdecydowano się rozpocząć występ o 21:30. Minuty oczekiwania wypełniała w klubie muzyka, m.in. Queens Of The Stone Age, co wprowadziło zebraną publiczność w klimat tego, co zaraz miało się wydarzyć.
Gdy nadszedł czas wielkiego wejścia, muzycy stopniowo pojawiali się na scenie w blasku świateł skierowanych na nich od tyłu, sprawiło to, że ich sylwetki pozostawały czarne, a rysy twarzy niedostrzegalne. Ten intrygujący moment przerwał wbiegający na scenę Dawid Podsiadło, który zaraz po złapaniu mikrofonu do ręki zaczął śpiewać. Utwory, które pojawiły się na koncercie były mieszanką tego wszystkiego, co znalazło się na debiutanckim albumie „Ruby Dress Skinny Dog” z dodatkowymi, niepublikowanymi jeszcze piosenkami. Poza tym, mniej więcej w połowie gigu, zespół zagrał singiel „Elektryczny” z solowej współpracy Dawida z Męskim Graniem. Ten dobór setlisty wywołał w fanach będących najbliżej sceny spore poruszenie, które Dawid skomentował z rozbawieniem, że „zawsze ta piosenka na koncertach zbiera największe brawa”, po czym dodał – „nie będzie Trójkątów i kwadratów” 😉
Foto: Marta Dębska (M-art Studio)
Zarówno od strony muzycznej, jak i wizualnej, było to dobrze zagrane i skomponowane show. Światła zostały odpowiednio dobrane do danych momentów – granatowe odcienie pojawiały się w melancholijnych i spokojnych chwilach, złote i czerwone w mocniejszych, bardziej energicznych. Słupy świetlne z daleka sprawiały wrażenie, jakby Curly Heads grali na tle panoramy miasta. Niepotrzebne były tu żadne wizualizacje, ponieważ Dawid ochoczo poruszał się po scenie. Członkowie zespołu prezentowali się w iście indie-rockowym stylu, gdyż każdy z nich założył ciemne rurki, trampki i białe koszulki, a jedynie wokalista dodatkowo miał na sobie jeansową kamizelkę – dodającą jeszcze więcej rock’n’rollowego szyku. Jak wyglądał, tak też się zachowywał. Dawid był ucieleśnieniem rockowego frontmana – skakał, wieszał się na statywie od mikrofonu, zakrywał lokami oczy podczas śpiewania, grał kilka razy na gitarze i przede wszystkim naprawdę wokalnie pokazał pełnię profesjonalizmu. Koncertem z Curly Heads po raz kolejny udowadnia, że jest wszechstronnym artystą, który jest w stanie poradzić sobie z różnymi gatunkami muzycznymi i wcielaniem się w wiele ról, czego efektem jest ten pierwszorzędny występ. Wokalne bogactwo równoważyło trochę ubogą konferansjerską stronę koncertu, ponieważ w tym zakresie Dawid chyba nie czuł się tego dnia najswobodniej. Starał się być zabawny i trochę rozmowny, ale sam przyznawał się do tego, że „dzisiaj nie umiem jakoś być zabawny”, „nie, znowu mi się nie udało”. Co nie zmienia faktu, że tak jak zwykle, pozostał ze swoimi fanami bardzo szczery.
Zdziwiła mnie trochę sceniczna bierność reszty zespołu. Zastanawiam się, dlaczego tylko Dawid nawiązywał kontakt z publicznością, podczas gdy pozostali członkowie milczeli i bardzo mocno skupiali się na poprawnym wygraniu każdej nuty w danym utworze. Tym właśnie aspektem zdecydowanie odbiegali od, nawet mniej znanych, zagranicznych zespołów rockowych, u których takiego skrępowania się nie uświadczy. W mojej opinii, samo muzyczne brzmienie w stylu rodem z Zachodu nie wystarcza, aby całkowicie się wpasować w ten rock’n’rollowy klimat. Curly Heads muszą jeszcze trochę popracować nad swoim zachowaniem na scenie, bo sam przebojowy Dawid nie zdziała wiele, jeżeli będzie ukrywać się za nim czwórka milczących muzyków pozbawionych charyzmy.
Podsumowując całość, było to bardzo poprawne przeniesienie debiutanckiego albumu na występ na żywo – muzycznie Curly Heads nie odbiegali w żaden sposób od tego, co zostało na nim zarejestrowane, nie pozwolili sobie także na żadną improwizację w zakresie tych utworów. Może trochę szkoda, że nie okazali się bardziej elastyczni, ale to dopiero ich pierwsza prawdziwa trasa koncertowa, miejmy nadzieję, że się jeszcze rozkręcą!
NELA GRABOWSKA
O autorze:

- Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.





