[WYWIAD] Ted Nemeth: Nasz
apetyt rośnie w miarę jedzenia

Ted Nemeth to debiutujący, rockowy zespół z Łodzi. Pierwszy album chłopaków – „Ostatni Krzyk Mody” – ukazał się w listopadzie 2015 r. nakładem wytwórni S.P. Records

TedNemeth

TED NEMETH TO DEBIUTUJĄCY ROCKOWY ZESPÓŁ Z ŁODZI. PIERWSZY ALBUM CHŁOPAKÓW – „OSTATNI KRZYK MODY” – UKAZAŁ SIĘ W LISTOPADZIE 2015 ROKU NAKŁADEM WYTWÓRNI S.P. RECORDS.

FINE TUNE: Kiedy słuchałam waszej debiutanckiej płyty, odniosłam wrażenie, że wieloma rzeczami pogardzacie. Wasz styl grania, trochę lekceważący wokal i teksty świadczą o tym, że chyba macie trochę gdzieś ten nasz świat.

Patryk Pietrzak (wokalista Ted Nemeth): Jest dokładnie odwrotnie. Sposób i treść tego, co śpiewam wynika dokładnie z tego, że mi na tym świecie bardzo zależy. Wcale nie polecam mieć świata „gdzieś” – to musiałoby być potwornie nudne.

FT: Sam tytuł „Ostatni krzyk mody” nieco naśmiewa się z konsumpcyjnego stylu życia. Czy uważasz się za świadomego konsumenta?

P.P.: Wcale się nie naśmiewamy. Chcemy być jego częścią i to tą najbardziej atrakcyjną dla potencjalnego konsumenta, bo przyniesie nam to profity. Nie wydaje mi się, żeby istniało pojęcie „świadomego konsumenta” w obecnych czasach. Jeżeli pytasz o to, czy wiem, co jem – tak, staram się to kontrolować. W kontekście globalnym czuje się jednak bardzo mocno zmanipulowany. Ale nie przeszkadza mi to. Lubię wejść do Centrum Handlowego M1 w Łodzi i leniwie przechadzać się alejkami, słuchając „Last Christmas” i oglądając plastikowych Mikołajów. Serio. Kojarzy mi się to z czymś dobrym, czuję się wtedy jakbym był bardzo bezpieczny. A może po prostu lubię to centrum handlowe.

FT: W rozkładaniu na „czynniki pierwsze” albumu na portalu Fuck You Hipsters napisałeś, że „jesteśmy pokoleniem, które ma wszystko i które może wszystko”. To prawda, ale wynika z tego problem, że przez ten nadmiar możliwości młodym ludziom trudno jest się „określić” i znaleźć własną drogę życiową. Czy działania twórcze pomagają ci jakoś odnaleźć się w tym życiowym chaosie?

P.P.: Brawo! Wszystko = nic. Działania twórcze czasem pogłębiają moje poczucie osamotnienia i braku przynależności. Muzyka pozwala mi wyrażać dokładnie moje bolączki. Jednak mam wrażenie, że lubię ten „życiowy chaos”. Lubię, kiedy dużo się dzieje. I jestem w centrum uwagi. Jestem narzekaczem. Od czasu do czasu, w ten czy inny sposób – wylewam żale. Nie zamieniłbym tego na uporządkowane życie z ośmiogodzinną zmianą w pracy. Jestem najlepszą wersją siebie. Ty, który to czytasz, również.

„Nie wydaje mi się, żeby istniało pojęcie „świadomego konsumenta” w obecnych czasach. Jeżeli pytasz o to, czy wiem, co jem – tak, staram się to kontrolować. W kontekście globalnym czuje się jednak bardzo mocno zmanipulowany”.

FT: Utwór „Retrocukiernia” niesie ze sobą duży bagaż emocjonalny i powstał na podstawie tragicznej historii. Podobno największe dzieła rodzą się z dużego, przewlekłego cierpienia. Cały ten album podszyty jest taką nutą zmęczenia, jakbyście tworząc go podnosili egzystencjalne ciężary.

P.P.: Jeżeli pytanie dotyczy pracy w studio, to czułem się świetnie. To był mega twórczy proces, za który jestem wdzięczny wszystkim Tedom i producentowi – Pawłowi Cieślakowi. Jeżeli dotyczy procesu powstawania utworów, to wydaje mi się naturalne, że polega on na przemieleniu pewnych rzeczy i wypuszczeniu ich w formie piosenek. Możliwe, że to forma autoterapii, a możliwe też, że po prostu piszę piosenki, bo lubię to robić. Ale „przewlekłe cierpienie” to chyba jednak nadużycie.

Wojciech Wierzba (bas): Na pewno nie jesteśmy niczym zmęczeni. Tak wyraziliśmy siebie na płycie. Wpadnij i zostań na naszym koncercie, a na pewno zamienisz słowo „zmęczenie” na coś odwrotnego.

FT: Jesteście bardzo autentyczni w oddawaniu emocji w piosenkach – muzycznie i wokalnie. Może to zaplecze aktorskie Patryka sprawia, że to wszystko nabiera głębi? Na ile te emocje, które wlewasz w kawałki, są prawdą, a na ile grą?

P.P.: Muszą być prawdziwe, bo inaczej nie działają. Emocje, które widzimy u aktora na scenie, przekonują nas tylko wtedy, gdy są prawdziwe. Ale ludzie zakładają maski i to właśnie je pokazują innym, a nie w stu procentach siebie. Mamy sytuację, w której każdy człowiek gra przed innym jedną ze swoich masek. Zostawię niedosyt i nie powiem, jaką noszę ja, ale zadam pytanie: jaką ty nosisz przez większość czasu?

„Jestem najlepszą wersją siebie. Ty, który to czytasz, również”.

FT: Miłość w waszych piosenkach jest trudna, uciążliwa i destrukcyjna. Tekstowo zdajecie się napawać tymi skomplikowanymi relacjami. Czy o to chodzi w miłości, żeby była bardziej czymś w rodzaju dolegliwości/choroby? Jak jest za łatwo i za pięknie, to przestaje się ją doceniać?

P.P.: Nie mam pojęcia. Próbuję to ustalić, stawiając bardziej pytania niż tezy. Ale pomagasz mi, interpretując to na swój sposób.

FT: Niewiele w młodej polskiej muzyce znajdziemy tekstów w języku polskim. Wy to przełamujecie i staracie się, żeby nie było banalnie. Co myślicie o swoich koleżankach i kolegach po fachu, którzy wybierają język obcy?

P.P.: Dobra muzyka to dobra muzyka. Jeżeli przemawia do ciebie w jakiś sposób, to jakie znaczenie ma, w jakim jest języku? Stawiam na pisanie po polsku, bo lepiej wyrażam to, co mam do powiedzenia w tym języku. Bardziej trafia to do ludzi, bo mają szanse rozumieć słowa na koncertach, a dotychczas graliśmy małe koncerty w małych klubach, gdzie nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia. Stąd też sposób przekazu, czyli „wykrzyczany” styl. Rozumiem też to, że zakładając zespół, wiele osób liczy na karierę międzynarodową. Ja też chciałbym być z Wysp Brytyjskich albo z USA, ale jestem z Łodzi i nie zamierzam nikogo oszukiwać. A nawet traktuję to jako atut.

FT:  Na płycie gościnnie pojawiła się Kasia Krenc z Little White Lies. Funkcjonuje takie powiedzenie, że łódzka scena muzyczna jest takim naszym polskim Manchesterem. Co o tym myślicie?

P.P.: Zacytuję Mecwaldowskiego w rozmowie z Brzozowskim w filmie „Aleja Gówniarzy” Piotrka Szczepańskiego, a użyję do tego linku do YouTube (traf chciał, że chodzi mi dokładnie o scenę, od której zaczyna się fragment).

Co do Łódzkiej Sceny – mam wrażenie, że kiedyś istniała. Byli Cool Kids of Death, Tryp, Not, 19 wiosen, L.Stadt, Psychocukier, Bruno Schulz. To tylko niektóre z zespołów, które ją tworzyły (niektóre nadal istnieją), a nie wszystkim udało się wyjść poza granice Łodzi, co paradoksalnie zadziałało na korzyść, bo mam poczucie, że są tylko „nasze” i tylko na „nas” wpłynęły. Nie wiem, czy mógłbym nazwać obecne zespoły „łódzką sceną”. Nie ma tu jednego frontu. Są zaprzyjaźnieni z Tedami „Sjoni”, czyli zespół Sjón, a także wspomniane wyżej Little White Lies. Nie można zapomnieć o Sonimiki, Izie Lach (jestem fanem płyty „Krzyk”), duecie Alles ze świetnym nowym materiałem, Blisko Pola i Marcinie Prytcie. Często wspólnym mianownikiem zespołów jest Paweł Cieślak w swoim Hasselhoff Studio – producent odpowiedzialny również za naszą płytę.

„Ja też chciałbym być z Wysp Brytyjskich, albo z USA, ale jestem z Łodzi i nie zamierzam nikogo oszukiwać”.

FT: Ostatnio graliście supporty przed T.Love Alternative, Pidżamą Porno i Organkiem. Czy w związku z tym jakieś sytuacje was zaskoczyły?

P.P.: Nie spodziewałem się tak ciepłego przyjęcia. Na koncertach z T.Love Alternative zyskaliśmy przychylność nawet tej starszej publiki. Koncert z Pidżamą był zdecydowanie największym, jaki zagraliśmy – hala w Poznaniu była przygotowana na 3 tysiące osób. Granie w tak dużym miejscu wywołało we mnie poczucie euforii. Moją ulubioną publicznością jest jednak ta, która przychodzi na Organka. Ostatnio zaskoczył nas Forty Kleparz, gdzie ludzie znali nawet teksty. Zareagowali bardzo energetycznie (mimo naszego niedysponowanego stanu, a może dzięki niemu właśnie ☺), co zakończyło się moim „pływaniem” w tłumie. Jestem też ciągle zaskoczony i wdzięczny całej ekipie tworzącej zespół Organek z Tomkiem na czele, jak i jego menedżerowi Markowi za fakt, że udało nam się poznać niby przypadkiem (a przypadków nie ma). I że uwierzyli w to, co robimy na tyle, żeby dać nam szanse na pokazanie tego większej grupie osób.

Koncerty są zdecydowanie naszym żywiołem – płyta płytą, ale to na koncertach pokazujemy, co chcemy dać publice i czego od niej oczekujemy. Jeżeli to się zgadza i jest chemia zespół-publika, to możecie spodziewać się wysokoenergetycznego show, gdzie wszystko może się zdarzyć. Nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Rozmawiała: Nela Grabowska

ted_nemeth_CMYK

O autorze:

Nela Grabowska
Nela Grabowska
Miłośniczka powieści, filmów Woody'ego Allena i Wesa Andersona. Zakochana w muzyce brytyjskiej. Romantyczka. Ulubiony gatunek: indie rock.