[RECENZJA] UNDERFATE –
„SEVEN” (POST-ROCK)

Recenzja post-rockowego wydawnictwa „Seven” w wykonaniu Underfate.

10389080_772145492883625_7489252008868425123_nUNDERFATE TO ZESPÓŁ POST-ROCKOWY Z KWIDZYNA. PONIŻEJ RECENZJA ICH WYDAWNICTWA „SEVEN”.

W swojej wędrówce po świecie muzyki błądziłem nie raz. Odnajdywałem wiele niesamowitych zakątków, jak i całkowicie dziwnych miejsc. Każda z tych historii kończyła się wzbogaceniem moich doświadczeń. Jako człowiek oczarowany, szczerze lubiący post rockowe brzmienia, chwyciłem świeży materiał, który został mi podesłany na dniach.

Wrażenie smaku i zapachu post rocka nie opuszczało mnie przez całe słuchanie tegoż materiału. Jednak będąc kompletnie szczery, był to tylko piąty posmak w całej potrawie, który dodawał niesamowitych walorów całości. Jeśli trzymacie sztamę z ambientem, progresywny rock jest dla was specyficznym i interesującym odłamem, a do tego preferujecie instrumentalne wykonania z post rockowego świata, płyta recenzowana dzisiaj jest waszym kolejnym przystankiem w muzycznej drodze. Panie, panowie i wszelkie trolle internetowe – przedstawiam wam „Seven” od zespołu Underfate.

„Cel był ambitny – połączyć stricte gatunek bazujący na elektronice z światem progresywnego rocka. Czy zostało to osiągnięte?”

Zacznijmy od tego, że album jest adresowany do ludzi lubiących odprężyć się przy rozciągliwych dźwiękach. Band jest mocno inspirowany ambientowym zagadnieniem, nie są mu obce typowo post rockowe zagrywki, które tak naprawdę przyciągnęły mnie do tego materiału. Szczerze – gdyby nie to, prawdopodobnie nigdy nie sięgnąłbym po materiał. Niestety, dzisiejsza branża muzyczna wymusza na muzykach tworzenia różnych hybryd w brzmieniu bowiem cytując klasyka „wszystko już było, wszystko widzieliśmy”. Bardzo możliwe, że to było motorem napędowym muzyków. Nie umniejsza to ich pracy włożonej w złożenie materiału. Cel był ambitny – połączyć stricte gatunek bazujący na elektronice z światem progresywnego rocka. Czy zostało to osiągnięte?

Jak najbardziej, chociaż nadal nie jest to moja ulubiona epopeja muzyczna. Owszem, jest w tym wszystkim jakieś źródło dźwięków, które stymulują proces myślenia oraz pracę wyobraźni, ale po raz kolejny użyje tego zwrotu: jest to zasługa typowo post rockowych elementów, na które jestem wyjątkowo wyczulony. Jednakże był to strzał w dziesiątkę. Stanowi to pomost pomiędzy nadal niszowym ambientem, a nieco bardziej rozumianym rockiem (nawet w wydaniu progresywnym), przez co przeciętny słuchacz nie gubi się w wszelkich meandrach dźwięków. Z jednej strony, wielbiciel pięciominutowych solówek, pokrętnego metrum i artystycznego grania znajdzie coś dla siebie i „liźnie” tej innej strony muzyki, a z drugiej – słuchacz tak przestrzennych i ekspansywnych melodii jak ambientowe zaśpiewy ugryzie nieco innego ciasta. W dobrej oprawie, polewie i z wisienką.

Sama struktura muzyczna utworów jest nieco schematyczna. Poprawcie mnie albo postawcie magiczną połówkę płynnego szczęścia, ale z siedmiu historii (czyli siedmiu utworów) wyłania się jeden schemat: wejście typowo spokojne, zachęcające z pogranicza relaksacyjnych. Zaraz potem wchodzą eteryczne pływy ambientu, by niespodziewanie zostać przerwane wskroś rockowymi stąpnięciami. Końcówka to pomieszanie, niczym warstwy tortu. Jest jednak jeden numer, który przykuł moją uwagę (zgadnijcie dlaczego), a mianowicie One Step Over. Wyłamuje się z schematu wyżej przeze mnie opisanego.

„Afirmacja improwizacji, prowadzenie gitary, niesamowicie budujący akompaniament i finalne wystrzelenie w bezmiar dźwięku. To infinty and beyond!”

Owszem, wstęp fortepianu, ale zaraz potem następuje szybkie wymieszanie z niesamowicie przekręconym dźwiękiem gitar. Najpierw niewinne, drugoplanowe rozciąganie dźwięków, które robi miejsce dla gitary prowadzącej. Mruczący bas i wyraźnie klaszcząca perkusja – zdają egzamin wewnętrzny. Wszystko hamuje, nabiera chmur, a potem znowu uwalnia nas w czyste przestworza, aż do końca numeru. A tam? Afirmacja improwizacji, prowadzenie gitary, niesamowicie budujący akompaniament i finalne wystrzelenie w bezmiar dźwięku. To infinty and beyond! One Step Over dostaje tytuł najlepszego numeru albumu.

Sumując: „Seven” jest albumem szczególnym i nie skłamie jeśli odbiorem kierowanym do wąskiego grona ludzi. Nie każdy zrozumie zawarty tam materiał, nie do wszystkich dotrze ta niezwykła fuzja różnych gałęzi muzyki. Szczerze nie jest to moja idylla muzyczna, raj czy piąta esencja, w której próbowaniu zatopiłbym się na dłuższy czas, jednak nieszablonowość i ambitny projekt jaki postawili sobie muzycy wybija ten krążek na tle wielu. Bo nie wielu odważyłoby się na takie zabiegi. Panowie muzycy posiadają prawdziwą ułańską fantazję w kreacji i żelazne cohones, za co moja ocena przedstawia się w siódemce łamanej na dziesiątkę.

7/10
Kamil Karpiuk

O autorze:

Kamil Karpiuk
Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.