facebook.com/wschody

[WYWIAD] KACPER SULOWSKI – PIOSENKA AKTORSKA: REAKTYWACJA

Zapraszamy na rozmowę z Kacprem Sulowskim – dyrektorem lubelskiego festiwalu ,,Wschody”, który przywraca do życia piosenkę autorską

facebook.com/wschody
facebook.com/wschody

ODKOPUJE PIOSENKĘ ARTYSTYCZNĄ JAK SKARB, KTÓRY ZOSTAŁ ZAMKNIĘTY W BECZCE POD ZIEMIĄ I PREZENTUJE JEJ MAGIĘ TYM, KTÓRZY PRZYBYWAJĄ NA FESTIWAL. ROZMOWA Z KACPREM SULOWSKIM – DYREKTOREM LUBELSKIEGO FESTIWALU ,,WSCHODY”

FINE TUNE: Spotykamy się dzień przed rozpoczęciem festiwalu ,,Wschody”. To jest taki dzień, w którym zostało jeszcze coś do zrobienia, czy raczej w ostatnim dniu musi być już wszystko dopięte na ostatni guzik?

Kacper Sulowski: To jest dzień, w którym wszystko jest do zrobienia, nieważne jak ciężko pracowało się przez kilka ostatnich dni, miesięcy. Ostatni dzień jest zawsze najcięższy. Ale dopinamy wszystko na ostatni guzik. Jeśli chodzi o festiwale piosenki artystycznej czy festiwale muzyczne, do których też się porównujemy, to my dopiero raczkujemy na tej polskiej scenie. Mamy dopiero piątą edycję. Ale mamy już tyle doświadczenia, które pozwala nam na to, żeby zorganizować wszystko tak, żeby już się nie stresować w ostatni dzień.

F.T: Jest pan dyrektorem festiwalu, szefem redakcji kultury w Radiu Centrum i pisze pan o kulturze do Gazety Wyborczej. Skąd to zamiłowanie do kultury?

K.S: Nie wiem. Nie pamiętam nawet, kiedy pierwszy raz byłem w teatrze, w kinie czy na koncercie – jakoś tak przyszło naturalnie. Przyszło chyba od Radia Centrum, kiedy tutaj powstała redakcja kultury. Wtedy już wiedziałem, że kultura to jest to, czym chciałbym się zajmować. Mało mi było w tym opowiadaniu i pisaniu o kulturze, więc chciałem się wczuć w rolę twórczą, czyli kulturotwórczą. Ten festiwal jest właśnie po to, żeby te kilkanaście czy dwadzieścia kilka osób realizowało się tak animacyjnie i kulturo-twórczo.

,,Nie pamiętam nawet, kiedy pierwszy raz byłem w teatrze, w kinie czy na koncercie – jakoś tak przyszło naturalnie. Przyszło chyba od Radia Centrum, kiedy tutaj powstała redakcja kultury. Wtedy już wiedziałem, że kultura to jest to, czym chciałbym się zajmować”.

F.T: Skąd wziął się pana pomysł na festiwal  i wiara w to, że w Lublinie ma on szansę się udać?

K.S: Wiara przede wszystkim wzięła się stąd, że w Lublinie takiego festiwalu jeszcze nie było. Środowisko literacko-muzyczne (środowisko ambitnych artystów) jest tutaj wbrew pozorom szerokie. Jestem recytatorem i jeździłem na festiwale sztuki słowa – tam często osobną kategorią była poezja śpiewana i piosenka literacka.

F.T: Kiedy zaczęła się ta przygoda z konkursami recytatorskimi?

K.S: Już kiedy byłem dzieckiem, ale epicentrum moich osiągnięć recytatorskich przypadło na koniec liceum/początek studiów. Jeździłem po festiwalach po całej Polsce i nie tylko naszym kraju. Na początku chciałem zrobić konkurs recytatorski. Ale wiedziałem, że to będzie za mała nisza, żeby zarazić nią setki ludzi. Pomyślałem, że poezja śpiewana – ambitna, fajna, artystyczna piosenka to jest to, co dobrze można połączyć. Bo to wciąż jest ambitne. My pokazujemy, że ta piosenka artystyczna jest fajna. I na nasze koncerty przychodzą setki ludzi.

,,Pomyślałem, że poezja śpiewana – ambitna, fajna, artystyczna piosenka to jest to, co dobrze można połączyć. Bo to wciąż jest ambitne. My pokazujemy, że ta piosenka artystyczna jest fajna”.

F.T: Początki zawsze bywają trudne. Co było trudne przy początkach pracy nad festiwalem ,,Wschody”?

K.S: Zdecydowanie pieniądze. A właściwie ich brak. Pierwszą edycję festiwalu zorganizowaliśmy za 14 tys. złotych. W tej chwili to jest połowa gaży, którą płacimy jednemu z 6 wykonawców. Ta kwota nauczyła nas sporo – chociaż były takie momenty, których nie dało się przeskoczyć. Musieliśmy chodzić, błagać, obiecywać, zadłużać się – oczywiście w cudzysłowie. Dawać komuś dług wdzięczności, żeby nam dał jakieś jedzenie, noclegi dla uczestników, salę, sprzęt. To wszystko było na takich wariackich papierach. Co można zrobić za 14 tys. złotych? No niewiele. A przecież trzeba wyżywić uczestników, zakwaterować ich, zapłacić gwieździe – wtedy to był Hubert ,,Spięty” Dobaczewski z Lao Che. Trzeba było dać nagrody uczestnikom. Dużo było rzeczy do przeskoczenia, ale okazało się, że ten płot nie jest taki wysoki i udało się.

F.T: Na stronię Radia Centrum opisuje się pan tak: ,,zadufany, egocentryczny i nerwowy” – te cechy pomagają przy tworzeniu takiego festiwalu?

K.S: Pomagają – niestety tak. Może egocentryzm nie, a może raczej pomaga tu egocentryzm ideowy. Jeśli ,,Wschody’’, to moje ,,dziecko” to tylko ,,moje” i chce dla niego najlepiej, wtedy to pomaga.

F.T: Traktuje pan ten festiwal jak ,,swoje dziecko”?

K.S: Trochę tak. Nerwowość na pewno nie pomaga, ale z takimi cechami nie łatwo walczyć. Zadufanie trochę pomaga wbrew pozorom. Jak rozmawia się ze sponsorami, to trzeba dużo takiej pewności siebie, żeby ich przekonać np. do tego, że to impreza, na którą warto dać 5 tys. – tutaj trzeba takiej pewności siebie i mieć takie ,,self-confidence”.

F.T: Jak panu udaje się przekonać artystów, żeby przyjechali na festiwal ,,Wschody”?

K.S: To nie jest trudne. Po czterech latach festiwal ma już swoją renomę. Jeśli mogę zdradzać szczegóły, to managerka Kasi Groniec sama do nas zadzwoniła z taką propozycją, która nam bardzo odpowiadała. To fajnie, bo zawsze myślałem o Kasi Groniec w tym klimacie naszego festiwalu. Nie jest trudno ich przekonać, jeśli ma się budżet i taką renomę, jak mają ,,Wschody” po tych czterech edycjach.

F.T: Pan jest dumny z tego, na jakim etapie jest festiwal ,,Wschody”, czy może jeszcze jest tam coś do dopracowania?

K.S: Zawsze jest coś do dopracowania. Jak kończy się tegoroczna edycja, to od kolejnego dnia myślimy już o następnej – ja i mój świetny zespół.

F.T: No właśnie, a kto jeszcze panu pomaga?

K.S: To zaczęło się od redakcji kultury Radia Centrum, ale ten festiwal trochę wyfruną z radia. Oczywiście ten kręgosłup organizatorski to ludzie wywodzący się z Radia Centrum. Jest Ewelina Krawczyk, która jest mózgiem całej operacji i robi wszelkiego rodzaju harmonogramy. To ona myśli o tym, jak to wszystko ładnie spiąć, co zrobić, żeby nie było opóźnienia i jak zadbać o uczestników. Jest Tomek Ślusarski, który odpowiada za stronę logistyczną, czyli wszystkiego rodzaju sprzęty, próby itd.. Mamy świetnego grafika, który robi nam świetną identyfikację wizualną festiwalu. Jest Weronika Bijak. Nazwaliśmy jej funkcję „aranżer detali” i ona jest od wszystkiego, co piękne.

facebook.com/wschody
facebook.com/wschody

F.T: Czyli na festiwalu ,,Wschody” liczy się nawet detal.

K.S: No tak, z detali robi się ogół, więc to jest dla nas bardzo ważne. Weronika po prostu organizuje w sposób wyśmienity na poziomie ogólnopolskim, jeśli nie na europejskim scenografię i gadżety, które później widać na mieście.

F.T: Dlaczego warto przyjść na festiwal ,,Wschody”?

K.S: Warto przyjść na ten festiwal dlatego, że takiej piosenki w radiu nie usłyszymy. To jest piosenka, która gdzieś tam jest zakopana. W takiej beczce pod ziemią z napisem: ,,otworzyć po pięćdziesiątce”, a my właśnie jak na złość otwieramy ją teraz. Pokazujemy jak na złość, odświeżamy – dmuchamy, a w powietrzu unosi się taki tuman kurzu. Wyciągamy z tych tumanów kurzu i pokazujemy, że jest fajna, bo jest dużo nowoczesności w naszym festiwalu. Różnimy się od popularnych festiwali w Polsce, w których dominuje piosenka poetycka, literacka i poezja śpiewana. Te festiwale są organizowana przez xx lat przez tego samego człowieka, zespół, ośrodek kultury i często jest tak, że siedzi tam pani na etacie i jednym z jej festiwalu obowiązków jest zorganizowanie festiwalu – u nas jest inaczej.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

O autorze:

Gośka Sawa
Gośka Sawa
Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.