[RECENZJA] TSAR – „TSAR” EP
Recenzja płyty formacji Tsar przewrotnie zatytułowanej „Tsar”.

JUŻ DZIŚ, JUŻ TERAZ RECENZUJEMY EPKĘ SZCZECIŃSKIEJ FORMACJI TSAR. USIĄDŹ WYGODNIE I ROZKOSZUJ SIĘ LEKTURĄ!
Carowie zniknęli wraz z morderstwem rodziny Romanowów. Niektórzy porównują Wowkę Putina do cara, gdyż obecna Rosja nawiązuje do tradycji cywilizacji bizantyjskiej. My, Polacy, mamy swojego cara. Panowie ze Szczecina umiejętnie łączą bogactwo gatunków – indie rock z silną manifestacją niezależności, sporo elektroniki na poziomie jak najbardziej akceptowalnym, wraz z post-rockową polewą.
Tsar to nowość na polskiej scenie muzycznej. Ich krążek wypłynął kilka dni temu (3.06.2015), a już zdobyli moje uznanie. Materiał zarejestrowany na płycie zaskakuje wysoką jakością wykonania. Strona masteringowa i finalny mix są perfekcyjne. Zero skaz, potknięć, kaszlnięć. Widać, że w Mark Shell Studio pracują zdolni ludzie.
„Przy „Crown” wzniosłem się ponad miasto, zdolny do szybowania w chmurach zachodzącego Słońca.”
Czymże jest sam materiał muzyczny? Oh, tego musicie posmakować. Ciężko jest mi opisać to adekwatnie, w sposób jak najwierniej odwzorowujący rzeczywistość. Nie skłamię, jeśli napiszę, że przy dźwiękach płynących z krążka odprężyłem się, niemal całkowicie zapominając o otaczającym mnie świecie. To kolejna niesamowita cecha muzyki tejże formacji. Relaksuje, delikatnie wdziera się w zmysły, zadomawia się tam na dobre. Wszystko jest cudowne, jednak pierwszy numer „Pyre” ma w sobie przeogromne pokłady indie-rockowego grania. Nieco plumkające, ale nadal pozostające w obszarze alternatywnego pazura z rodziny rockowej. Wyraźna praca podstaw – gitary pięknie przepuszczonej przez efekty przestrzenne; dudniąco-mruczący bas; perksuja z akcentem na talerze – stanowi o takim, a nie innym charakterze. To ten rodzaj rockowego grania, które przyswoi każdy śmiertelnik.
I na tym kończy się przewidywalność, oczekiwania i wrażenia jakie kreujemy po pierwszym numerze, bowiem „Crown” absolutny mistrz i kandydat do radiowego singla, powalił mnie i moją ukochaną, na kolana. Pamiętacie, że wspomniałem o odprężeniu jakie towarzyszy ich muzyce – przy „Crown” wzniosłem się ponad miasto, zdolny do szybowania w chmurach zachodzącego Słońca. Wyraźnie elektroniczny, choć nadal post-rockowy, z pysznie gniotącymi samplami i beatami. Rozlewa się podświadomą falą po pomieszczeniu, nasyca i napełnia radością. Tak bez powodu.
„Linia melodyczna nabiera mocy, perkusja groźnie potupuje zupełnie tak, jakby kibicowała kosmicznym podróżnikom tuż przed startem. Gdy następuje wystrzelenie, przestajecie czuć cokolwiek – ogarnia was niesamowity pęd, błogość.”
Dalsze historię to „Bones” i „K/M” – tu również zaskoczenie, bowiem formacja tsar postanowiła kontynuować charakter hybrydy z „Crown”. Pierwszy ze wspomnianych numerów jest słodki w swoim stricte post-rockowym charakterze. Znane zagrywki, przejścia i osobowość numeru w ciekawej odsłonie indie, zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Ostatni z zarejestrowanych numerów to istna katapulta, która wypycha nas prosto w przestrzeń. Wita chwilą ciszy i przechodzi w ciche falowanie linii melodycznej. Dopiero potem się rozkręca, wraz z naszym dokowaniem do tej „rakiety”. Linia melodyczna nabiera mocy, perkusja groźnie potupuje zupełnie tak jakby kibicowała kosmicznym podróżnikom tuż przed startem. Gdy następuje wystrzelenie, przestajecie czuć cokolwiek – ogarnia was niesamowity pęd, błogość. W jednej sekundzie odchodzi ponure przeświadczenie końca materiału. Niedosyt, lekki smutek – wszystko to zostaje za nami. Idealne wyprowadzenie z albumu post-rockowego. Delikatne uderzenie huraganu.
Kończąc i sumując moje słowa, album „Tsar” szczecińskiej formacji jest lekką, smacznie przyswajalną formą hybrydowego grania. Niezależność łączy się z rockiem, miesza z elektroniką i owija w post-rock. Świetny debiut, pozostawiający ogromny niedosyt. Zapowiada się coś bardzo interesującego.
10/10
Kamil Karpiuk
O autorze:
- Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.



