Recenzja: Rafcore (debut LP)
Rafcore to projekt szeroko pojętej muzyki elektronicznej ubarwionej gitarowymi brzmieniami.

Rafcore to projekt szeroko pojętej muzyki elektronicznej ubarwionej gitarowymi brzmieniami, którego twórcą jest Rafał Kubisiak. Jak wypada jego debiutancka płyta?
Wydanie płyty sugeruje futurystyczny i cyberpunkowy klimat trochę jak z gry „Deus Ex”. Wykonanie nieco dziwne, bo okładka wygląda trochę komicznie, napisy w środku są dziwacznie rozstrzelone i nawet konstelacja gwiazd na odwrocie (tracklista), wydaje się być w nieodpowiednim miejscu. Niemniej grafika pozwala łatwo załapać klimat, który nas czeka po odpaleniu płyty.
Album rozpoczyna się epickim „Intro”, którego pierwszym skojarzeniem będzie zapewne główny motyw z „Incepcji” Hansa Zimmera. Intro wypada na podobnym poziomie zajebistości i zwiastuje naprawdę dobry materiał. Kończy się jak kompozycja Dona Davisa, twórcy muzyki do „Matrixa”. I właśnie bliżej tego filmu okazuje się być dalsza część płyty.
Rafcore oferuje wkroczenie do futurystycznego świata z hipernowoczesnymi brzmieniami, zmieszanymi ze znanymi z limpbizkitowego nu-metalu, a z racji nowoczesnych syntezatorów, także z najnowszymi dokonaniami Linkin Park. „Believe in me” jest wręcz szalonym mixem syntezatorowych dropów i breaków. Do tego dochodzi dobry wokal, który śpiewa zarówno przeciągłe frazy i mantry, ale także przeplatające go rapowanki. „Duality” rozpoczyna symfonicznie jak Gary Numan, a już po chwili beatcrushowana perkusja wprowadza intrygująco brzmiący damski wokal. W tle dubstepowe drumy, a na wysokich tonach przyjemnie brzmiące dzwonki. Wersy dosłownie porozrywane przez agresywne riffy, a po breaku znów szalejące syntezatory i epicki refren.
„Insane” to minimalistyczny utwór, który wcale nie odstaje dramatyzmem od reszty. Świetne zwolnienie i wypełnienie przestrzeni klimatem. „Life Again” powraca do znanej formuły, czyli gryzących riffów i rozedrganych synthów. Piosenka zaskakuje wokalem po… węgiersku. Rytm podbity wyrazistą perkusją dostaje życia i mógłby śmiało posłużyć za tło dla trailera jakiegoś fajnego filmu. W tym momencie wychodzą jednak mniej pozytywne aspekty albumu. Mianowicie dość wąskie instrumentarium (gitara brzmi bardzo podobnie we wszystkich utworach), dubstepowe syntezatory zaczynają przynudzać, a podobne drumy mieszają się w kolejnych utworach. To nadal absolutnie zajebista płyta, natomiast czuję, że zabrakło jej pary i większego celu.
„New world” w fantastyczny sposób wykorzystuje rapowane sample, tylko co z tym słabym angielskim w refrenie? W „Demons” pojawia się kolejny damski wokal i w świetny sposób przeplata się z męskim. To naprawdę dobry utwór z niesamowitymi warstwami na szerokiej ścianie dźwięku. Brzmi jak kołysanka dla dzieci w nu-metalowej wersji. Pojawia się też ciekawe brzmienie gitary, fajne breaki i świeższe syntezatory. Porywająca rzecz!
„Red Pill Blue Pill” (Matrix 🙂 ) przechodzi bez echa i płyta obyłaby się bez niego. Na końcu bonusowo remix „Insane”, który atakuje techniawkowymi juggle’ami, przy okazji wykorzystując fajne brzmienie smyczków jak u Darrena Korba w soundtracku do gry „Bastion”. Remix brzmi jednak nieco retro-techno i wolę jego minimalistyczną, pierwotną wersję.
Rafcore jest kolejnym przykładem zajebistego twórcy z muzycznego miasta Łódź i dla mnie jest inspirującym odkryciem, który pokazuje, jak solidne są polskie fundamenty chwytliwej muzyki elektronicznej. Z niecierpliwością czekam na jego następny album, mam nadzieję, że bardziej koncepcyjny i z lepiej nakreśloną fabułą, którą przeczuwałem na początku, trzymając w rękach płytę i słuchając klimatycznego intro.
Kuba Styczyński
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.



