Recenzja: Rafcore (debut LP)

Rafcore to projekt szeroko pojętej muzyki elektronicznej ubarwionej gitarowymi brzmieniami.

SAM_8072

Rafcore to projekt szeroko pojętej muzyki elektronicznej ubarwionej gitarowymi brzmieniami, którego twórcą jest Rafał Kubisiak. Jak wypada jego debiutancka płyta?

Wydanie płyty sugeruje futurystyczny i cyberpunkowy klimat trochę jak z gry „Deus Ex”. Wykonanie nieco dziwne, bo okładka wygląda trochę komicznie, napisy w środku są dziwacznie rozstrzelone i nawet konstelacja gwiazd na odwrocie (tracklista), wydaje się być w nieodpowiednim miejscu. Niemniej grafika pozwala łatwo załapać klimat, który nas czeka po odpaleniu płyty.

Album rozpoczyna się epickim „Intro”, którego pierwszym skojarzeniem będzie zapewne główny motyw z „Incepcji” Hansa Zimmera. Intro wypada na podobnym poziomie zajebistości i zwiastuje naprawdę dobry materiał. Kończy się jak kompozycja Dona Davisa, twórcy muzyki do „Matrixa”. I właśnie bliżej tego filmu okazuje się być dalsza część płyty.

Rafcore oferuje wkroczenie do futurystycznego świata z hipernowoczesnymi brzmieniami, zmieszanymi ze znanymi z limpbizkitowego nu-metalu, a z racji nowoczesnych syntezatorów, także z najnowszymi dokonaniami Linkin Park. „Believe in me” jest wręcz szalonym mixem syntezatorowych dropów i breaków. Do tego dochodzi dobry wokal, który śpiewa zarówno przeciągłe frazy i mantry, ale także przeplatające go rapowanki. „Duality” rozpoczyna symfonicznie jak Gary Numan, a już po chwili beatcrushowana perkusja wprowadza intrygująco brzmiący damski wokal. W tle dubstepowe drumy, a na wysokich tonach przyjemnie brzmiące dzwonki. Wersy dosłownie porozrywane przez agresywne riffy, a po breaku znów szalejące syntezatory i epicki refren.

„Insane” to minimalistyczny utwór, który wcale nie odstaje dramatyzmem od reszty. Świetne zwolnienie i wypełnienie przestrzeni klimatem. „Life Again” powraca do znanej formuły, czyli gryzących riffów i rozedrganych synthów. Piosenka zaskakuje wokalem po… węgiersku. Rytm podbity wyrazistą perkusją dostaje życia i mógłby śmiało posłużyć za tło dla trailera jakiegoś fajnego filmu. W tym momencie wychodzą jednak mniej pozytywne aspekty albumu. Mianowicie dość wąskie instrumentarium (gitara brzmi bardzo podobnie we wszystkich utworach), dubstepowe syntezatory zaczynają przynudzać, a podobne drumy mieszają się w kolejnych utworach. To nadal absolutnie zajebista płyta, natomiast czuję, że zabrakło jej pary i większego celu.

„New world” w fantastyczny sposób wykorzystuje rapowane sample, tylko co z tym słabym angielskim w refrenie? W „Demons” pojawia się kolejny damski wokal i w świetny sposób przeplata się z męskim. To naprawdę dobry utwór z niesamowitymi warstwami na szerokiej ścianie dźwięku. Brzmi jak kołysanka dla dzieci w nu-metalowej wersji. Pojawia się też ciekawe brzmienie gitary, fajne breaki i świeższe syntezatory. Porywająca rzecz!

„Red Pill Blue Pill” (Matrix 🙂 ) przechodzi bez echa i płyta obyłaby się bez niego. Na końcu bonusowo remix „Insane”, który atakuje techniawkowymi juggle’ami, przy okazji wykorzystując fajne brzmienie smyczków jak u Darrena Korba w soundtracku do gry „Bastion”. Remix brzmi jednak nieco retro-techno i wolę jego minimalistyczną, pierwotną wersję.

Rafcore jest kolejnym przykładem zajebistego twórcy z muzycznego miasta Łódź i dla mnie jest inspirującym odkryciem, który pokazuje, jak solidne są polskie fundamenty chwytliwej muzyki elektronicznej. Z niecierpliwością czekam na jego następny album, mam nadzieję, że bardziej koncepcyjny i z lepiej nakreśloną fabułą, którą przeczuwałem na początku, trzymając w rękach płytę i słuchając klimatycznego intro.

Kuba Styczyński

 

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.