Płyta tygodnia – William Malcolm „Takes One To Know One”

William Malcolm brytyjsko-amerykański wokalista wychowywany w Polsce, wraz ze swoim zespołem tworzy rzeczy nadzwyczajne. W zeszłym roku na początku października ukazał się jego długo wyczekiwany pierwszy album, zatytułowany „Takes One To Know One”.

Krążek zamyka się w dziesięciu kompozycyjnie niezwykłych utworach. Z początku słuchaczowi nasuwają się przeróżne skojarzenia dotyczące zarówno wokalu Williama, jak i rozwiązań instrumentalnych użytych na płycie. Moją pierwszą myślą był Jack Black! Od razu rzucające się w uszy porównanie do stylu śpiewania Jacka Blacka z Tenacious D, następnie oczywiście Queen – klawisze unikalnie połączone z mocnymi tajemniczymi gitarami, a na końcu bajki Tima Burtona i piękne partie na pianinie. Nie można pominąć też magicznych momentów, wywołanych wyśmienitymi dźwiękami syntezatora. Muzyka Williama Malcolma łączy w sobie elementy rocka, popu oraz elektroniki. Podana jest w formie odpowiedniej dla soundtracku filmowego i wzbogacona musicalowym dramatyzmem, co daje efekt końcowy tak smaczny, że pragnie się więcej.

Pierwsze trzy utwory z płyty stanowią niejako całość, gdyż końcówka jednej piosenki jest początkiem następnj. Słuchając ich otwiera się przede mną wszechświat, widzę gwiazdy, planety, wielką przestrzeń, czuję się jak na statku kosmicznym… wyruszając w daleką podróż w nieznane. Moim ulubionym momentem z tej części płyty jest klawiszowy fragment z „Madness Beyond Death” trwający od 02:45 do 03:05, przepiękny!

Przechodząc do utworu czwartego, będącego zarazem nazwą płyty, zaczynam drugą część albumu. Od tej pory słyszę więcej popu, pojawiają się chórki i duet z żeńskim wokalem. Inspiracje synth popem są tutaj bardzo wyraźne, a mocno chwytliwe refreny zapadają na długo w pamięć. Każda kolejna piosenka zaskakuje czymś nowym np. w „Back In Time” jest to wytłumienie dźwięku na początku i wprowadzenie brzmienia rodem z nakręcanej katarynki. Dochodząc do flagowego singla „Bye Bye” jestem już mocno oczarowana. Gitary stają się lżejsze – dają odetchnąć, wokal jest swobodny, pozytywny, pomimo smutnego wydźwięku tekstu.

Potem zaczynam zachwycać się niesamowicie brzmiącymi klawiszami, które przewijają się przez cały album. W połączeniu z doskonale dobranymi partiami gitary i nabijającymi tempa mocnymi, wyrazistymi bębnami, utwór „Nightgaunt’s Dance” wyróżnia się doskonałą aranżacją instrumentów.

W kompozycji utworów wyraźnie słychać rękę absolwenta akademii muzycznej. Muzycy z zespołu Williama Malcolma wspomagają się tak wieloma sztuczkami brzmieniowymi, że całość niemalże brzmi jak współczesna rockowa symfonia. Wokalny zapał samego Williama powala na kolana, a jego talent do przekazywania emocji paraliżuje. Razem z nim odkrywam inne światy, o których wcześniej nie miałam pojęcia, daję się prowadzić za rękę i ulegam zachwytowi na każdym kroku. Zdecydowanie polecam ten album na długie podróże samochodem/autobusem/pociągiem.

Kawałek zapowiadający koniec albumu, nr 8 „Graveyard Love Song”, jest dla mnie wisienką na torcie. To wyraźny faworyt, pewnie ze względu na to, że mam silnie romantyczną duszę, a klawisze w tym utworze doskonale współgrają z moją wrażliwością, więc pochłaniam je całymi garściami! Bez wątpienia mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie partie klawiszowe królują na tym albumie, raz są delikatne i burzliwe, a w odpowiednich momentach, akcentują i eksponują to, co najlepsze w melodii. Są też tak emocjonalnie przesiąknięte pasją, że tylko pozazdrościć.

Kończąca dziesiąta pozycja „The Silence Of Space” pozostawia mi czas na refleksję z podróży. Moja refleksja będzie konkretna, krótka i zawierająca się w sześciu słowach. Płyta „Takes One To Know One” jest: bezpretensjonalna, odważna, pełna dramatyzmu i zachwycająca.

Wkręć się w przygodę nie z tego świat i daj ponieść fantazji, posłuchaj.

Nela Grabowska

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.