[RECENZJA] Lennox Row – „How the Fuck Did I Die?”
Recenzujemy debiutancki album krakowskiego projektu Lennox Row o intrygującym tytule – „How The Fuck Did I Die?”. Wydawca: Karoryfer Lecolds
Na zegarze godzina 3:53 nad ranem. Nie wiem kompletnie, dlaczego dopadła mnie bezsenność – a może jednak wiem? Postanawiam podzielić się tym sekretem w formie „dźwiękowej pocztówki” krakowskiego projektu Lennox Row pod tytułem „How the Fuck Did I Die?”.
Chyba najlepiej mnie w tej chwili zrozumiecie, jeśli najzwyczajniej odsłuchacie tej elektro-melancholii. Zresztą, cały album najlepiej odsłuchać późną porą. Nieważne, czy dopadło nas intensywne zmęczenie, czy poszukujemy czegoś, co zastąpi poranną kawę – ten album ma niezwykłą siłę przekazu, jest momentami trip-hopowy, lecz opiera się głównie na elektronicznych akordach, które muzykę tą czynią bardzo przestrzenną, wręcz trójwymiarową. Nie brakuje tu także nawiązań do analogowej tradycji lat 90. ubiegłego wieku i nie tylko.
Pierwszy kawałek z albumu – „I’ll Come Back” – odsłuchałem kilka minut przed godziną trzecią. Chillout przemawiał do mnie wówczas bardziej, dodatkowo psychodeliczne zapętlenia i długie wokale sprawiały, że wbrew tytułowi płyty – odżywałem.
Cały album „How the Fuck Did I Die?” jest swoistą składanką nastrojów. Środek składanki przypomina zabawę stylami – tutaj nie można sklasyfikować, z jakim gatunkiem słuchacz ma do czynienia. Zdecydowanie jest to bardziej mroczne, nocne granie: przykładem jest utwór „Christiane F.”, rozwlekły w strukturze z wyostrzonymi wokalami, podczas gdy jednostajna melodia tworzy czarno-białe tło niczym z kina noir. Skądinąd, motyw ten stanowi zaletę muzyki Lennox Row – oldschoolowa klimatyczność minionych dekad. Podobnie rzecz ma się z 54-sekundową wariacją awangardową pod tytułem „Wall-E”, przywołującą znawcom tematu oczywiste skojarzenia z Johnem Cagem. Mimo wszystko, kojarzy mi się to z próbą wypełnienia przestrzeni kompozycyjnej elementem mającym na celu zaskoczenie słuchacza. Dla mnie – zdecydowanie zaburza całościowy odbiór krążka.
Pierwsze promienie słońca jeszcze nie dosięgły mojego łóżka. Lecz cóż z tego, skoro odnalazłem swojego mrocznego – jasnego ulubieńca pośród gąszczy trip-hopowych popisów krakowskiego projektu muzycznego: kompozycję o tajemniczo brzmiącym tytule „Frozen Casino 1936”. Brzmiąca tak, jakby została żywcem wyjęta z soundtracku amerykańskiego, czarnego filmu autorstwa Orsona Wellesa, stanowi doskonałe wejście w tematycznie drugą część albumu, zrywającą z szeroko pojętą analogowością, choć pojedyncze motywy tejże epizodycznie przebijają się przez czarno-białą pokrywę w stylu classic vintage. Nocą uwielbiam posłuchać eksperymentów brzmieniowych, ponieważ jest to pora dnia poza wszelkim tabu; to, co za dnia może zostać uznane za coś poza przyjętym kanonem o zmierzchu smakuje lepiej i lepiej brzmi. Tytułowe, zamrożone kasyno wzbudziło na mej twarzy wypieki, spowodowane ekscytacją, ale i lękiem, ponieważ to zdecydowanie muzyka mroczna, ponura… Daleka od tanecznych podrygów z początku playlisty.
Totalnie melancholijna jest kompozycja zamykająca płytę Lennox Row – „Brother of the Sun”. Pulsujące, basowe fundamenty tej sennej piosenki z narkotycznie rozciągniętymi, soulowymi wokalami Macieja Kowalskiego stanowią definicję zarówno nocy, jaką spędziłem ze składanką, jak i składanki właśnie, genialnie manipulującej odczuciami słuchacza.
Muzycznie – słońce zaszło. Praktycznie – wschód dopiero za pasem. Projekt z Krakowa niczym w filmie „Truman Show” sterował podprogowo ruchami moich gałek ocznych, ażeby tylko nie poddały się mocy snu. Odpoczynek był mimo to konieczny, bo ten gatunkowy rollercoaster pochłonął na długo… I pozytywnie zmęczył. Do czwartej nad ranem.
Ocena: 8/10
Kamil Chachuła
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.




