[RECENZJA] Spoiwo –
„Salute Solitude”
Recenzujemy debiutancki album post-rockowego zespołu Spoiwo, który ukazał się w marcu tego roku

RECENZUJEMY DEBIUTANCKI ALBUM POST-ROCKOWEGO ZESPOŁU SPOIWO, KTÓRY UKAZAŁ SIĘ W MARCU TEGO ROKU
Bardzo często jest tak, że dobra muzyka się ukrywa. Nie znajdzie się dla niej miejsce w radiu, nie zawala półek sklepowych w Empiku i nie zbombardują nią Was znajomi na Facebooku. Czasami, żeby odkryć perłę w oceanie przeciętności, potrzeba sporo zachodu, a czasem konieczny jest też łut szczęścia. Dlatego, chociaż gdańskie SPOIWO wypuściło debiutancki „Salute Solitude” w marcu, to ja odkryłem ich stosunkowo niedawno. I czuję się w obowiązku coś o tym albumie napisać, bo już pierwsze przesłuchanie rozsmarowało mnie po ścianie.
Zaczyna się w sposób, który niejednego może przestraszyć. „Disembrace” brzmi niczym preludium do końca świata, spokojnie odnalazłoby się w dobrym filmie katastroficznym. Minimalizm, mrok, wzniosłość i generowana przez syntezatory dramatycznie narastająca ściana dźwięku – mocne intro. Dalej mamy „Skin”, który tylko utwierdza nas w przekonaniu, że to nie będzie radosny album. Jednak tym, co pierwsze rzuca się w uszy, jest masywne, miażdżące brzmienie – „Salute Solitude” jest rewelacyjnie nagraną płytą. W „Skin” charakterystycznie, post rockowo rozmyta gitara, robi za tło, syntezatory pełnią nadrzędną rolę, a każde uderzenie basu i perkusji zdaje się wywalać dziurę w ścianie. Jest ponuro, ale nie smętnie, niby w nurcie szeroko rozumianego post rocka, ale oryginalnie i intrygująco. Następny, ośmiominutowy „YOS” to już naprawdę wysoka liga budowania klimatu. Słuchanie go, przypomina obserwowanie zbliżającej się burzy. Łagodny i senny, z subtelnymi klawiszami i gitarą, prowadzi pod koniec do kulminacji z potężną, wbijająca w ziemię i „marszową” sekcją rytmiczną. Jest coś transowego w tym utworze, oraz w sposobie, w jaki imponująco narasta.
„No Kingdom”, to z kolei coś w rodzaju ambientowego przerywnika i młodszego braciszka „Disembrace”. Nadal nieco smutny, jednak bardziej przepełniony melancholią, niż fatalizmem. Ot, taka szansa na chwilowe wyciszenie po rozbudowanym „YOS”. Od tego miejsca na „Salute Solitude” następuje pewien zwrot.
Jak dla mnie, ta płyta przypomina nieco ciemny tunel, ze światełkiem majaczącym gdzieś na końcu. „Disembrace” to sam moment wejścia w kompletny mrok, „Skin” to pierwsze, niepewne kroki w ciemnościach a „YOS” to już marsz przez tunel pełną parą. Wtem, po „No Kingdom”, coś się zmienia. SPOIWO pokazuje swoje drugie oblicze, a „Salute Solitude” nie okazuje się jednak najbardziej dołującą polską płytą na rok 2015.
Z mroku wyciąga nas najpierw odrobinę „Call Me Home”. Pojawiają się spokój i odprężenie, a cały utwór brzmi, niczym jedno wielkie muzyczne zapewnienie, że jednak „wszystko będzie dobrze”. Nie oznacza to jednak złagodzenia brzmienia, czy zubożenia aranżacji. Pod koniec dalej zostajemy poczęstowani zabójczym i pełnym muzycznej przestrzeni połączeniem partii klawiszy i gitary.
Wreszcie docieramy do końca tunelu, czyli monumentalnego „Flare”, prawdziwej eksplozji światła, emocji i dźwięków. Niesamowita, „płacząca” gitara i bogate klawisze, tworzą podniosły klimat, jednak nie ma tu ani śladu patosu czy sztuczności. Jest za to poruszający utwór, w którym słyszę odrobinę echa późnej Anathemy – stąd może i moje zachwyty. Tyle tylko, że Anathema czasem przesładza i zdarza jej się jednak w patos popaść. „Flare” natomiast, podobnie jak całe „Salute Solitude”, jest szczere, miejsami nawet aż do bólu. Imponująca kompozycja. Jeszcze tylko króciutkie outro, w postaci nieco niepokojącego, elektronicznego „Years of Silence” i album dobiega końca. A szkoda, bo chciałoby się jeszcze, jeszcze i jeszcze…
SPOIWO to dla mnie odkrycie roku, jeśli chodzi o rodzimą scenę muzyczną. Rzadko zdarza się natrafić na coś tak oryginalnego i jednocześnie przepełnionego prawdziwą pasją. I to chyba najbardziej mnie w „Salute Solitude” urzekło i poruszyło. To nie jest matematyczny post-rock, który coraz częściej okazuje się być wtórny i pozbawiony duszy. Muzyka na „Salute Solitude”, pomimo całej swej kunsztowności, zdaje się płynąć mniej z głowy, a bardziej z serca, by nie powiedzieć brzydko „bebechów”. Zero pretensjonalności i zadęcia, maksimum emocji. Emocji często niełatwych do wyrażenia i tłumionych, jednak tutaj podanych w formie, która absolutnie miażdży. A, i jeszcze jedno. Posłuchajcie tej płyty późnym wieczorem lub w nocy – zobaczycie, co z Wami zrobi. Czekam na więcej.
Ocena: 9/10
Mikołaj Kobielski
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.



