[RECENZJA] Riverside –
„Love, Fear and the Time Machine”
Recenzujemy szósty i zarazem najnowszy długogrający album w karierze zespołu Riverside

RECENZUJEMY SZÓSTY I ZARAZEM NAJNOWSZY DŁUGOGRAJĄCY ALBUM W KARIERZE ZESPOŁU RIVERSIDE
Bałem się o ten album. Poprzednie dzieło warszawiaków, czyli „Shrine of New Generation Slaves”, choć momentami genialne, nie przekonywało mnie jako całość. Po świetnej trylogii „Reality Dream” i rewolucyjnym „Anno Domini High Definition”, „SONGS” jednak odrobinę rozczarowywało. Ponadto, pierwszy singiel z najnowszej płyty, czyli „Discard Your Fear”, również nie wyrwał mnie z butów i nie przyspieszył bicia serca. Krótko mówiąc, zacząłem się obawiać, że szykuje się pierwszy przeciętny album Riverside.
„Love, Fear and the Time Machine” to pewien zwrot w muzycznej estetyce zespołu. Na “ADHD” królowały lata siedemdziesiąte, na „SONGS” niezdecydowanie, w którym kierunku pójść, tutaj natomiast mamy obiecany przez Mariusza Dudę, krok, w stronę brzmienia lat osiemdziesiątych. Spodziewałem się przeciętnego albumu, z jedną, czy dwiema perełkami, ale byłem w błędzie. „Love, Fear and the Time Machine” jest, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, spójne, a jednocześnie zróżnicowane.
Chociaż potrzebowałem odrobiny czasu, aby w pełni docenić tę płytę, to dwie kompozycje „kupiły” mnie już za pierwszym przesłuchaniem. Mowa tu o „Caterpillar and the Barbed Wire” oraz “Time Travellers”. Obie świetne, chociaż zupełnie różne. “Caterpillar…” to pulsujący basem, poruszający utwór, z przejmującym wokalem Dudy i nie mniej emocjonalną solówką Grudzińskiego. Wyjątkowo zgrabne połączenie melancholii, chwytliwości i muzycznej finezji. „Time Travellers” to perełka innego rodzaju. Ballada prowadzona przez wokal, przy bardzo oszczędnym akompaniamencie gitary akustycznej i basu, to coś, czego Riverside nie próbował od czasów debiutanckiego „Out of Myself”. Czysta prostota – coś zupełnie nowego, dla zaszufladkowanych już przez dziennikarzy, jako „prog rock”, warszawiaków. „Time Travellers” nie popada ani w pretensjonalność, ani nie atakuje oklepanymi „ogniskowymi” motywami. Za to przykuwa uwagę chwytliwym wokalem i odpręża, bo chociaż jest tutaj nutka smutku, to całość ma nadzwyczaj optymistyczny wydźwięk. Taka słodko-gorzka ballada, lecz idealnie wyważona i błyskawicznie zapadająca w pamięć.
To z całą pewnością najbardziej pogodny album Riverside. Nie, żeby było to coś szalenie trudnego – trylogia „Reality Dream” opowiadała o paranoiku, błądzącym między jawą a snem, natomiast „ADHD” i „SONGS” mówiły o zagubieniu człowieka we współczesnym świecie. Tak więc tematy raczej nie sprzyjające radosnym kompozycjom. Na „Love, Fear and the Time Machine” jest już trochę inaczej. Koronnymi przykładami są tutaj oba single: “Discard Your Fear” i “Found”. Zdaję sobie sprawę, jak potwornie wkurzające dla artystów, jest porównywanie ich z innymi muzykami, ale Riverside tym razem naprawdę sam się o to prosi. Do tej pory wśród dziennikarskich porównań królowały Pink Floyd i Porcupine Tree. Teraz możemy dodać kolejny zespół – The Cure.
Dobra, trochę przesadzam, wpływ prekursorów cold wave’u nie jest tu aż tak duży, ale nie zmienia to faktu, że linię basu, przewijającą się w „Discard Your Fear”, gdzieś już słyszałem. A dokładniej na jednej z najważniejszych płyt lat osiemdziesiątych (lub wszech czasów, jak kto woli), czyli „Disintegration”. Nawet brzmienie niemal to samo, co w kultowym „Fascination Street”. Duda wspominał w wywiadach o The Cure, więc rozumiem, że to puszczenie oka do słuchaczy. Poza tym „Discard Your Fear” to moc pozytywnych wibracji, chociaż jak na singiel, trochę brak tu fajerwerków. Natomiast „Found” rozgrzesza wszystkich dziennikarzy, którzy uparcie porównują Riverside do Floyd’ów. Owszem, Pink Floyd pełna gębą, ale w klimacie z „The Division Bell”. Mnóstwo przestrzeni, optymizmu i poczucia wolności, tak charakterystycznych dla twórczości Gilmoura, a i jeszcze ta oszczędna, ale cudna solówka… Tak, wiem, Riverside ma już swój własny styl, a do Pink Floyd można porównać połowę zespołów rockowych, ale jest jeszcze przepiękny klip, wyraźnie nawiązujący do „High Hopes”. Czy to źle? Cóż, ja nie narzekam. Dobra kompozycja zawsze się obroni, a Riverside ma swoją własną tożsamość muzyczną, brzmienie oraz piekielnie mocne utwory.
Chociaż to najbardziej optymistyczny album warszawiaków, to jednak przedawkowanie słodkości nam nie grozi. Ot, chociażby taki, opowiadający o uzależnieniu od portali społecznościowych, „#Addicted”. Szybki, z lekka nerwowy, ale za to z niezwykle melancholijnym refrenem. Albo ostrzejszy, mocno progresywny „Saturate Me”, ze swoimi licznymi klawiszami i urzekającym, gitarowym zakończeniem. Nawet słodziutko zaczynający się „Towards the Blue Horizon”, gdzie Duda wokalnie krąży między David’em Gilmourem, a Steven’em Wilsonem, po chwili pokazuje swoje bardziej drapieżne oblicze, a kończy się niemal depresyjnie. Wreszcie najsmutniejsza kompozycja, czyli stonowany „Afloat”. Bardziej przerywnik, niż pełnoprawny utwór. Tylko trzy minuty, a dawka emocji potężna. Absolutnie piękny.
Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to najlepsza płyta Riverside, ale za to jestem przekonany, że najbardziej równa. Ta opowieść, w której wątkami przewodnimi są miłość i strach, brzmi dokładnie tak, jak powinna, przeplatając ze sobą nadzieję i smutek, światło i mrok. Rockowy przepych lat siedemdziesiątych ustąpił miejsca prostocie następnej dekady i wygląda na to, że „Love, Fear and the Time Machine” rozpocznie nowy rozdział w twórczości zespołu. Rozdział, który zapowiada się szalenie ciekawie.
Ocena: 9/10
Mikołaj Kobielski
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.



