[RECENZJA] Yoga Terror – debut LP
Yoga Terror to międzynarodowy rockowy band ze Stolicy.

YOGA TERROR to międzynarodowy rockowy band ze Stolicy.
Zespół powstał z inicjatywy gitarzysty wietnamskiego pochodzenia Michała Truong (ex Rootwater) oraz perkusisty „Kuczego” (ex Dianoya). Obecnie skład współtworzą: Zuza Pytlińska, utalentowana wokalistka, ceniona tekściarka i charyzmatyczna frontwoman (ex Sen Zu), Krzysiek Truong, jego niebanalne riffy i melodyjny wokal oraz Grzesiek Kowalski – demon gitary basowej. Zespół wydał niedawno własnym nakładem debiutancki album, który właśnie przyszło mi recenzować.
Płytę otwiera „Pałac Kultury” i natychmiast pokazuje, że muzycy z Yoga Terror są… po prostu szaleni. Angielskie wersy, polskie rapowanki w bridge’u, chwytliwy angielski refren. A muzycznie? Funk, folk rock, pop i… hard rock. Czasem wtrącą coś z chińskiej melodii, innym razem zaszaleją funkową solówką. Pierwsze pytanie, które nasuwa mi się podczas pisania: „Co tu się do cholery dzieje?”. A w głowie kołacze się mętna odpowiedź, wypierana przez zwyczajnie pozytywny odbiór muzyki. Definitywnie mam ochotę sprawdzić co kryje się dalej.
„Ma się wrażenie, jak by każdy muzyk miał inny gust i dokładał swoje trzy grosze do każdej kompozycji. Ewentualnie można powrócić do wcześniejszej teorii, że muzycy są po prostu szaleni.”
„Lion’s Share” brzmi już nieco bardziej klasycznie, chociaż też potrafi zaskoczyć, zjeżdżając czasem z funkowej linii melodycznej o ton w dół i zbliżając się intrygująco do granicy z mocniejszym rockiem. Utwór wieńczy jakiś nieskoordynowany hałas – uwielbiam takie rzeczy. Zespół imponuje mi częstością zmian rytmicznych i płynnych przejść między gatunkami muzycznymi. Ma się wrażenie, jak by każdy członek zespołu miał inny gust i dokładał swoje trzy grosze do każdej kompozycji. Ewentualnie można powrócić do wcześniejszej teorii, że muzycy są po prostu szaleni.
„Hot date” to kwintesencja dobrego funku z gitarą przepuszczoną przez kaczkę, rewelacyjną linią basową i podbijającymi tempo riffami. A w połowie zaskakuje nieco jazzowo-reagge’owymi klimatami, co sprawia że przy tej muzyce nie da się nudzić. I kto by pomyślał, że pod koniec tego utworu znajdzie się jeszcze miejsce dla zagrywek a’la Rage Against The Machine? „Mantra” służy za interesujące intermission przed klasycznie funkowym „I won’t let you down”. Potem zwalniamy na chwilę przy „Don’t”, gdzie piękna gitara akustyczna, w końcu dobrze słyszalny wokal, chórki, klawisze i smyczki w tle budują świetny, folk-rockowy kawałek ciasta z pieca Yoga Terror.
Polski tekst powraca w superszybkim i naprawdę porywającym „Zombie Disko”. A jednak w tym momencie płyta zmęczyła mnie… swoją niesamowitą energią, ciągłymi niespodziankami i ciągłym szaleństwem. Na tyle, że kolejne utwory wydały mi się na siłę wydłużać fajną epkę do rozmiarów longplay’a. Może należało inaczej ułożyć tracklistę? Nie ukrywam, że nie jestem fanem funkowych brzmień i być może mogę posłuchać tego typu muzyki tylko przez jakiś czas. Albo… może nie jestem wystarczająco szalony, żeby przyjąć taką dawkę spontaniczności muzycznej?
Kuba Styczyński
O autorze:

- Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.
Najnowsze publikacje:
Wywiady08/25/2020[WYWIAD] Maciej Werk z Hedone: Tworzenie kompilacji jest jak wehikuł czasu
Wywiady08/11/2020[WYWIAD] OLENA: Piosenki składam z własnych emocji i przeżyć
RECENZJE08/08/2020[RECENZJA] ROGI CLUSH – „EVEN GODS”
Wywiady08/08/2020[WYWIAD] Yaszczuk: Pisanie piosenek to układanie puzzli z własnych myśli



