[RECENZJA] Little White Lies –
„Days of Chaos”

Recenzja płyty „Days of Chaos” w wykonaniu łódzkiego Little White Lies.

969150_496312893755778_2090591532_nPOWIEDZIEĆ, ŻE LWL JEST POLSKIM THE WHITE STRIPES (EWENTUALNIE THE KILLS), TO ZA MAŁO. BO PAŃSTWO KRENC SĄ ZWYCZAJNIE LEPSI.

Długo zbierałem się do recenzji tej płyty. W zasadzie to wolałem ją słuchać, zamiast o niej pisać. Od mojego spotkania z Little White Lies dużo się u nich zmieniło. Kasia i Zbyszek wzięli ślub, stając się absolutnie najfajniejszą i najbardziej rockową „power couple” polskiej sceny. Dodatkowo, wyszli z crowdfundingowym projektem na Megatotal.pl, który miał zasponsorować im nowe LP. Wsparcie przerosło ich najśmielsze oczekiwania. I oto mamy „Days of Chaos” – album sfinansowany przez licznych, stworzony przez nielicznych, ale za to jak uzdolnionych!

Całość tworzy prawdziwie amerykańskie, klasyczne brzmienie jak za 'najlepszych czasów’. Nie brakuje w tym jednak nowoczesnej nuty, dobrego mixu i masteringu oraz genialnie zrealizowanych wokali.

Album „Days of chaos” ma klimat podróży zakochanej pary rockmanów po pustych autostradach amerykańskich stanów. To podróż intymna, ale jednocześnie energetyzująca i wyzywająca cały świat na pojedynek zajebistości. Od minimalistycznego „Intro”, poprzez drapieżne „Enough”, brzmienie cechuje się teoretycznie małym instrumentarium, ale z drugiej strony wszystko jest dokładnie tak zaaranżowane jak trzeba.

Zbyszek nie przeszarżowuje z brzmieniem, używa często różnego rodzaju fuzzów, phaserów i delayów, teoretycznie grając podobnie jak Jamie Hince z The Kills, w praktyce posiadając swoje własne, bardzo bogate i przestrzenne brzmienie. Za to Katee osiąga kosmiczne efekty najlepszym z instrumentów, czyli własnym głosem. Czasem wspomagana przez produkcyjne bajery jak w klimatycznym „Motionless”, jednak w większości utworów jej talent broni się bez jakichkolwiek wspomagaczy. W tle fajne, vintage’owe brzmienie perkusji w wykonaniu Piotra Gwadery, które idealnie wypełnia kompozycje i pokazuje, jak wielką różnicę robi zatrudnienie prawdziwego perkusisty, zamiast używania nawet najfajniej brzmiącego automatu. Tło wypełnia czasem jakiś lekko przesterowany synth, czy inne organy, dobrane w absolutnie zajebisty sposób. Całość tworzy prawdziwie amerykańskie, klasyczne brzmienie jak za „najlepszych czasów”. Nie brakuje w tym jednak nowoczesnej nuty, dobrego mixu i masteringu oraz genialnie zrealizowanych wokali.

Na płycie można znaleźć utwory z prostymi, ale szalenie porywającymi riffami, świetnymi zmianami kompozycyjnymi i dynamicznymi wypełniaczami perkusji. In your face, USA!

Mój faworyt – „Queen of the Blues” to chyba na chwilę obecną opus magnum w dorobku LWL. Mroczne smyczki, duży reverb, jazzujący rytm i enigmatyczne słowa idealnie wyśpiewane przez Kasię Krenc. Jest w nim coś z motywu z legendarnego „Twin Peaks” i w ogóle całej ścieżki dźwiękowej Angelo Badalamentiego.

Na płycie można znaleźć utwory z prostymi, ale szalenie porywającymi riffami, świetnymi zmianami kompozycyjnymi i dynamicznymi wypełniaczami perkusji. In your face, USA! Samodzielne odkrywanie tej płyty to świetne doświadczenie i nie ma sensu rozkładać jej na czynniki pierwsze. Z mojej strony mogę tylko napisać, że to jedna z najbardziej udanych crowdfundingowych inwestycji, z przegenialnym wokalem Katee, fajnymi zagrywkami Zbyszka i intrygującymi rytmami Piotra Gwadery. Płyta świetnie wyprodukowana, z fajnym konceptem. Państwo Krenc to niewątpliwie najbardziej rockowa i utalentowana para polskiej sceny, a przy tym fantastyczni i mili ludzie. Tak trzymać!

Kuba Styczyński

O autorze:

Jakub Styczyński
Jakub Styczyński
Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.