[RECENZJA] SEXY SUICIDE – INTRUDER
Po recenzji ostatniej nieudanej płyty Latających Pięści myślałem, iż nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Punka nie trawię, gorsza jest tylko marna elektronika. I właśnie dziś będzie mowa o bandzie Sexy Suicide który można zakreślić kółeczkiem – jako nieudany bękart disco i elektroniki lat 90-tych z wodogłowiem vaporwave’u. Zapraszam, bo ubaw będzie przedni.
Po recenzji ostatniej nieudanej płyty Latających Pięści myślałem, iż nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Punka nie trawię, gorsza jest tylko marna elektronika. I właśnie dziś będzie mowa o bandzie Sexy Suicide, który można zakreślić kółeczkiem – jako nieudany bękart disco i elektroniki lat 90-tych z wodogłowiem vaporwave’u. Zapraszam, bo ubaw będzie przedni.
Na samym początku radzę Wam zarzucić na grzbiet jakieś kurteczki typu szelest, najlepiej w kolorze tęczy, może trykot lub spodnie w panterkę, bo czeka nas dzika jazda rozklekotaną Hondą Civic na imprezę z serii „Uginamy-Kolana-Dla-Szatana” w pobliskiej remizie. Już pierwszy numer wywołał u mnie salwę śmiechu. Najwyraźniej jakiś zgrywus zarejestrował próbę sprzętu Sexy Suicide, gdy akustyk z premedytacją ściszał cały zespół (wiadomo, bo akustycy to wredne bestie). Karuzela śmiechu nie zwalnia, wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wskoczyliśmy do pociągu bez hamulców i przystanków, a sama przejażdżka – the ride will never end! Całą tę podróż osładza mi fakt, że mam autentyczny ubaw przesłuchując ten album.
„Mam nadzieje, że wszystko to jest wydane ironicznie, piętnując nasz styl życia, konsumpcjonizm i epokę cyfrową.”
Małe światełko dostrzegam przy numerze „Diary of Moon”, który został zarejestrowany na bardzo wysokim poziomie. Synthwave ciekawej próby, całkiem znośna linia melodyczna i z umiarem stosowane efekty przestrzenne. Jednak, zgodnie z staropolskim przysłowiem – jedna jaskółka wiosny nie czyni. Następnym numer ponownie uruchamia bowiem ukryte we mnie pokłady humoru. Kojarzycie charakterystyczne brzmienie Pet Shop Boys z lat 90-tych i słynne „HiFi Superstar” od Wanda i Banda? To już wiecie, z czym je się owy krążek.
„Sexy Suicide wypuściło takiego potworka, hybrydę, a raczej krążek pełen tęsknoty za dwiema wspaniałymi dekadami.”
Odbiór albumu byłby zupełnie inny, gdyby band ruszył w stronę synthwave’u i vaporwave’u. No proszę was! Stylistyka teledysku do „Diary of Moon”, aż afiszuje się ekshibicjonizmem w piciu do obydwu gatunków. Doskonale czuję tę tęsknotę za minionymi dekadami, stylówkę rodem z „Łowcy Androidów”, „Cyborga” z Van Damm-em czy pierwszego „Terminatora”, bądź jedynego dodatku do gry „Far Cry 3” (Blood Dragon). Ujmując prawdę za twarz, album ma trzy tendencje – przybiera dobry kierunek, o którym już wspomniałem, by za chwile zwolnić do niestrawionego electro, a na koniec przejść w przezabawne parodie fikołów synth/vapor. Mam nadzieje, że wszystko to jest wydane ironicznie, piętnując nasz styl życia, konsumpcjonizm i epokę cyfrową.
Sumując tak na szybko, bo baterie w kalkulatorze mam słabe: Sexy Suicide wypuściło takiego potworka, hybrydę, a raczej krążek pełen tęsknoty za dwiema wspaniałymi dekadami. Jako dziecko lat 90-tych, które pamięta owy czas, bombardowane w dodatku wspaniałością lat 80-tych ubiegłego wieku, rozumiem to doskonale. Złośliwi mówią, że disco polo nie umarło, tylko zadekowało się w Polsce. Po flaszce czystej polskiej, to i najbardziej modna i elegancka koleżanka panny młodej zacznie tańczyć. Sęk w tym, że nie pije do masowej produkcji, a do tych formacji z początków lat 90, gdzie dało się usłyszeć oczywiste inspiracje synthwavem. Ubawiłem się niesamowicie, mogłem rozkręcić w pokoju małą potańcówkę z stroboskopami, laserami i atmosferą duszną od potu pomieszanych z oparami wódy i tanich perfum.
Ode mnie szybuje takie mocno taneczne:
4/10
Kamil Karpiuk
O autorze:
- Biografia? Chyba mam zbyt mało lat w metryce, aby porwać się na taki kawałek sztuki pisanej. Z urodzenia Południowe Podlasie, z zamieszkania Warszawa. Dzień bez muzyki jest dniem straconym, bezwartościowym i nudnym. Traktuje to jak kawę, lek, odtrutkę, narkotyk. Od wielu lat usilnie i z pasją brzdąkam na instrumencie strunowym szarpanym, a osiem miesięcy temu moją miłość do muzyki przekułem w bloga.




