[RECENZJA] THE BLACK WATER PANIC PROJECT – „ALPHA PRO BROKEN MACHINES”
TBWPP dostarcza nam spójną, trudną i brudną jazdę po zardzewiałej klatce oraz przesterowanej przez maszynkę do mięsa warstwie dźwiękowej

TO CUDOWNE, ŻE WCIĄŻ JEST TYLU TWÓRCÓW ELECTRONIC INDUSTRIALU. A TO, ŻE SPORA ICH CZĘŚĆ MIESZKA W POLSCE, JEST JUŻ NIEWYPOWIEDZIANIE ZAJEBISTE. TBWPP DOSTARCZA NAM SPÓJNĄ, TRUDNĄ I BRUDNĄ JAZDĘ PO ZARDZEWIAŁEJ KLATCE ORAZ PRZESTEROWANEJ PRZEZ MASZYNKĘ DO MIĘSA WARSTWIE DŹWIĘKOWEJ
Jeśli mówią Wam cokolwiek zespoły jak Psychic TV, Coil, Throbbing Gristle czy Einsturzende Neubauten – to wiecie, czego się spodziewać. Jeśli industrial kojarzy Wam się jedynie z rewolucją przemysłową, chodźcie się zagłębić, ale na własną odpowiedzialność – bo łatwo nie będzie.
Świat wykreowany w „Alpha Pro Broken Machines” jest tak mroczny, że fani „Silent Hilla” poczują się jak w domu. Warstwa tekstowa też nie rozczarowuje, tłumacząc angielskie słowa: „Wolałbym lizać podłogę w publicznej toalecie, niż cię całować, kochanie”. Piosence jakże blisko jest do męskiego postrzegania zepsucia moralnego kobiet rodem z NIN-owego „Reptile”.
Zielonogórski zespół tworzy ciekawe kompozycje elektroniczne, potem przesterowuje część elementów, na inne wrzuca phasery, glitchery, brudy, strzelanie prądem z kabla, zepsute synthy i nieodzowną część każdego industrialnego utworu – czyli dźwięki przeróżnych metalowych elementów. Lubię fakt, że spośród całego tego chaosu przebijają w nielicznych momentach brzmienia ładne lub nawet zatrważająco piękne. Ale bez przesady. Zaraz zamiauczy gdzieś kot, przywali jakaś przesterowana materia i znów przenosimy się w najniższe piętra zdezelowanego budynku zamieszkanego przez koszmary, które wychodzą z naszej głowy.
Wśród moich ulubionych kawałków znajdzie się spokojniejszy i przemyślany „How many times?”, niepokojący „Man without a name”, którego nie powstydziłby się śp. Peter Christopherson czy niepoprawne „Patience & Discipline”. TBWPP gra dokładnie to, co im się podoba i nie robi kompromisów. Od początku do końca pozostaje wierne swojej koncepcji i nie kończy płyty żadnym przynudzającym szajsem, tylko głośnym „Abowe: the Wolf Song”.
To jest bardzo trudna muzyka, ale jeśli kochasz mroczne klimaty zepsucia, zglitchowania i przesterowana muzyki (ale nie w stylu grindcore’u), to po prostu musisz posłuchać tej płyty. Rozczarowuje mnie jedynie warstwa wykonania samego wydawnictwa. Zespół nie szczędził pieniędzy na promocję płyty, ale niestety wydanie, grafiki i dołączona książeczka jest na poziomie poniżej poziomu krytyki. Paskudna, śmierdzi amatorszczyzną i to wstyd, że kryje tak dobre wydawnictwo. Może jakaś reedycja?
Ocena: 8,5/10
Kuba Styczyński
O autorze:

- Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.
Najnowsze publikacje:
Wywiady08/25/2020[WYWIAD] Maciej Werk z Hedone: Tworzenie kompilacji jest jak wehikuł czasu
Wywiady08/11/2020[WYWIAD] OLENA: Piosenki składam z własnych emocji i przeżyć
RECENZJE08/08/2020[RECENZJA] ROGI CLUSH – „EVEN GODS”
Wywiady08/08/2020[WYWIAD] Yaszczuk: Pisanie piosenek to układanie puzzli z własnych myśli



