Ørganek, foto: Tiger Media/Bartosz Zieliński
[RELACJA] Ørganek w Stodole
w ramach Open Stage!
Znaczące, wyraziste, pomysłowe, modne – tak można określić przedsięwzięcie podjęte przez warszawski Klub Stodoła, w ramach, którego wystąpił Ørganek.

ZNACZĄCE, WYRAZISTE, POMYSŁOWE, MODNE – TAK MOŻNA OKREŚLIĆ PRZEDSIĘWZIĘCIE PODJĘTE PRZEZ WARSZAWSKI KLUB STODOŁA, W RAMACH, KTÓREGO WYSTĄPIŁ ØRGANEK.
Mowa tutaj o otwartej w październiku zeszłego roku nowej scenie – Open Stage. Jak sama nazwa wskazuje, jest to przestrzeń nieograniczona drzwiami, która znajduje się na górnym korytarzu klubu. Nie jest to sala zamknięta, lecz obszar uzyskany z połączenia strefy barowej z antresolą, z której rozpościera się widok na parter. Open Stage swoją otwartość zawdzięcza zarówno usytuowaniu jak i celowi, dla którego została powołana. Głównym założeniem twórców jest oddanie tej sceny w ręce młodych, często debiutujących lub po prostu niszowych artystów, którzy gromadzą mniejszą ilość słuchaczy, niż międzynarodowi twórcy. Scena swoim kameralnym klimatem zapewnia idealne warunki dla tego typu eventów, dzięki bardziej bezpośredniemu kontaktowi wykonawców z publicznością, zmniejsza barierę artysta – fan, stawiając muzyków w przyjacielskiej relacji z odbiorcami.

Klub Stodoła tym samym stał się częścią, zyskującego obecnie na popularności w naszym kraju, procesu faworyzowania młodych, ale nie tylko, twórców świeżych polskich brzmień. Podobnie do poznańskiego, showcase’owego festiwalu Spring Break, Stodoła zaczęła stawiać na rosnące zainteresowanie polską niezależną sceną muzyczną. Jednym z lutowych koncertów organizowanych w ramach Open Stage był występ Tomasza Organka, w którym miałam okazję uczestniczyć.

Czwartkowy wieczór (05.02) w najpopularniejszym klubie muzycznym w Warszawie rozpoczął się o godzinie 20:00 od wejścia na scenę niepozornej artystki. The Pau zjawiła się w żakiecie i z bałaganem na głowie, niosąc w ręku jedynie gitarę elektryczną. Słodka buzia i nieśmiałość bijąca z wokalistki początkowo nie zdradzały jej prawdziwego charakteru. Niektórym mogło się wydawać, że w pojedynkę nie będzie w stanie wiele zdziałać przed tłumem czekającym na nietuzinkowego artystę, jakim niewątpliwie jest Ørganek. Nic bardziej mylnego. Zacięciem, odważnym i dosadnym wokalem, a także donośnymi, przenikliwymi riffami wytłumaczyła swoje miejsce na scenie. Po paru piosenkach zapewne nikt już nie kwestionował jej obecności w tym miejscu, jedynie mógł wzdychać z zazdrości o jej śmiałość i siłę przebicia.

Następnie wkroczyli na scenę muzycy z Bulbwires. Osobiście jest to moja ulubiona warszawska kapela grająca brudnego, oldschoolowego rock’n’rolla. W Stodole zagrali w pełnym składzie, wyciskając z siebie maksimum. Materiał z ich debiutanckiego albumu wybrzmiewał w murach klubu, niosąc intensywne rockowe fale aż do jego fundamentów. Publiczność pełna zachwytu piszczała i rozgrzewała się coraz bardziej. Tak samo, jak artyści z Bulbwires, którzy po niedługim czasie zaczęli roztaczać wokół siebie energię, elektryzując, jak to przystało na żarówki, ciepłym impulsem elektrycznym. Spontaniczni, bezpretensjonalni i przebojowi, zeszli ze sceny zwycięsko, mając za sobą show, o jakim wielu mogło pomarzyć.

Z godziny 20:00 zrobiła się 21:30, a Open Stage zasnuło się w indyjskich dźwiękach sitar. Intro, jakie wybrał Ørganek przywiodło mi na myśl hinduskie inspiracje Beatlesów. Nagle odezwał się On z nagrania i zarecytował w ciszy. Słychać było tylko jego głos i szmery podekscytowanej publiczności. Ktoś za mną cieszył się nieco zbyt głośno, niszcząc enigmatyczny klimat, który umiejętnie starał się wprowadzić artysta. W końcu pojawił się w pojedynkę, aby otworzyć koncert utworem „Dziewczyna Śmierć”. Reszta zespołu dołączyła do niego po dłuższej chwili, kończąc pierwszy numer z przytupem. Podczas prawie 2-godzinnego występu zagrane zostały wszystkie kawałki z albumu „Głupi”. Szczęśliwy i szalenie otwarty Ørganek niemalże fruwał po scenie, tańcząc na podeście perkusyjnym, zaplątując się w biały kabel od gitary, przewracając mikrofon i wygłaszając monologi w chwilach odpoczynku.

Jedna z jego wypowiedzi szczególnie zapadła mi w pamięć, ponieważ dotyczyła czegoś bardzo ważnego, czego nigdy wcześniej nie usłyszałam z ust żadnego artysty będącego główną atrakcją wieczoru. Były to słowa podkreślające, że nie jest On żadną gwiazdą i nie ma supportów. Wszyscy artyści, którzy wystąpili przed nim są jego przyjaciółmi i prosi o traktowanie ich na równi ze sobą. W jego oczach ten koncert miał być okazją jedynie do wspólnego grania, a nie ustanawiania hierarchii ważności. Skromność jest, więc chyba jego naturalną cechą, która pojawiła się jeszcze w paru momentach koncertu. Jednym z nich było szarmanckie oddanie własnego mikrofonu Kasi Kurzawskiej, z którą zaśpiewał w duecie jedną z piosenek SOFY – „Ona Movie”. Ujmującym elementem występu był także cover utworu „Little Black Submarines” z repertuaru The Black Keys, który muszę przyznać, że wyszedł Ørgankowi pierwszorzędnie. W tym momencie aż zaczęłam żałować, że ich koncert na Torwarze został odwołany.

Wieczór z Ørgankiem w Stodole niespiesznie zbliżał się ku końcowi, muzyk zapełniał ostatni czas takimi utworami jak: „Ta nasza młodość”, czy premierowo „Jestem niczyj” Edwarda Stachury, aby na finał zapętlić setlistę i zacząć od początku emanować temperamentem bisując hitem „Kate Moss”. Najważniejsza tego dnia była dla mnie świadomość, że tam na scenie stoi artysta, szczery i naturalny, który nie nosi maski i nie kreuje się na nikogo. Jest sobą, w niesztampowy sposób wyraża swoje poglądy i dzielnie, bez ściemy mówi o tym, co go drażni, a przy okazji ma kawał talentu.
Nela Grabowska
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.



