Nine Inch Nails w Spodku (relacja)
Nine Inch Nails – legendarny zespół grający elektroniczno-industrialnego rocka zagrał 10 czerwca w katowickim Spodku.
Nine Inch Nails – legendarny zespół grający elektroniczno-industrialnego rocka zagrał 10 czerwca w katowickim Spodku.
Nine Inch Nails to najpopularniejszy obecnie zespół grający industrialnego rocka przyprawionego masą elektroniki. To zespół, który na płytach brzmi cudownie, ale prawdziwie potężną energią wykazuje się na koncertach. Liderem całego projektu jest Trent Reznor – założyciel How to destroy Angels, kompozytor nagradzanych soundtracków i od niedawna współtwórca serwisu streamingowego Beats Music.
Wieczór rozpoczął Cold Cave, który po raz kolejny udowodnił, że słabo wypada na koncertach. Lubię CC z nagrań na albumach i polecam posłuchać ich płyt, natomiast wokalista zupełnie nie ma charyzmy scenicznej i przez to co najmniej połowa krótkiego przecież występu, wypada nudno. Tym razem zespół zapewnił sobie minimalistyczny lightshow i proste wizualizacje, które nie urywały tyła, ale przynajmniej pasowały do tego, co się działo na scenie. Niestety, już podczas supportu dało się usłyszeć pierwszy i najpoważniejszy zgrzyt całego koncertu – tragiczną jakość dźwięku. Bas nie istniał, zamiast niego było płytkie buczenie. Środek stłamszony, góra gdzieś skryła się za całym dudnieniem. Z wokalu nie dało się odróżnić nawet jednego słowa. I to nie tylko podczas piosenek, ale także w trakcie słów wypowiadanych między kawałkami. Mimo wszystko, zostali ciepło przyjęci przez polskich fanów. Członkowie zespołu uśmiechali się dużo i starali się bardziej, niż zwykle. Ich wpis na twitterze tylko to potwierdza:
Katowice is a cool cool place. Thank you!
— COLD CAVE (@ColdCave23) czerwiec 10, 2014

NIN rozpoczął wieczór od pięknego otwieracza „Copy of A”. Szaleństwo pod sceną od samego początku było niesamowite, polska publika jest absolutnie niezmordowana. Następnie dwa kawałki z płyty „The Slip”, czyli „1,000,000” oraz nieco słabszy „Letting You”. Potem Trent zaprosił nas do miasteczka świnek, zapodając szalone „March of the Pigs” i jazzujące „Piggy”. Podczas tego drugiego, cała widownia śpiewała mantrę „Nothing can stop me now”. Na tyle głośno, że Trent pozwolił nam pośpiewać zamiast niego „do mikrofonu”. Bariera między artystą, a publiką została szybko przełamana. Jeszcze ciekawiej było podczas „The Frail”, gdzie publiczność zaczęła klaskać
w nieco innym rytmie, niż grał samotnie na klawiszu Reznor. I znów, byliśmy na tyle głośno, że Trent wspomógł się publicznością, jak żywym metronomem. Mina, kiedy spogląda na nas i wyczekuje dobrego taktu – bezcenna, nie widziałem nigdy czegoś takiego na koncercie NIN.
https://youtu.be/j0bFNlJ3zW8?t=5m25s
Potem był cudowny „The Wretched”, mocarny „Burn”, który wieńczy pojedynek dwóch gitar i kultowy „Gave Up” z legendarnymi czerwono-niebieskimi światłami, których zabrakło na poprzednim koncer-
cie w Poznaniu. Następnie Reznor uspokoił atmosferę i uraczył nas nową wersją „Sanctified” z pierw-
szej płyty. Piosenka sprzed 25 lat brzmi jak nowa i jest naprawdę elektryzująca. Kolejny był jeden
z najbardziej znanych kawałków NIN, czyli „Closer”, z piękną, organiczną wizualizacją. Piosenka doskonale brzmi live, nawet lepiej niż na płycie-arcydziele „The Downward Spiral”, głównie dzięki wplecionemu w kawałek fragmentowi „The Only Time”.
W tym momencie Reznor ewidentnie miał przemówić do fanów. Znany z perfekcjonizmu i dokładnego planowania koncertów Reznor na pewno nas zapamięta, gdyż nie pozwoliliśmy mu dojść do słowa, skandując jednogłośnie „Nine inch nails!”. Tak długo, że Trent wyraźnie w szoku, wzruszył ramionami i przeszedł do spokojnej kompozycji „Find my way”. Piosenka ze świetnymi dźwiękami, spreparo-
wanymi przez specjalistę od klawiszy, Alessandro Cortiniego oraz absolutnie cudowną wstawką gitarową z charakterystycznym, metalicznym dźwiękiem gitary Reznora. Następnie było kontrower-
syjne „Dissapointed”, które nie każdemu przypadło do gustu już na albumie. Według mnie piosenka ma w sobie coś z klimatu płyty „The Fragile” i definitywnie jest intrygująca.

Potem dwa higlighty z płyty „Year Zero”, czyli „The Warning” oraz wyraźnie przedłużony (w porów-
naniu do poprzednich europejskich wykonań) i porywający swoją genialnością „The Great Destro-
yer”. Ku uciesze wielu zagorzałych fanów, Reznor zagrał potem potężne „Eraser”, oldskulowy „Wish”, komercyjne „The Hand That Feeds” oraz kultowe „Head Like A Hole”, jeden z pierwszych wielkich hitów zespołu. Wszystkim towarzyszyło szaleństwo, ostre przepychanki pod sceną i krzyki ze zdartych już wtedy gardeł. Koncert zakończył się przejmującym „Hurt”, z pięknymi wizualizacjami.
Zespół ewidentnie był zadowolony z grania dla polskich fanów, Reznor ograniczył się tylko do wypowiedzi „Thank You”, ale w jego zachowaniu scenicznym było widać dużą frajdę z grania. Bardziej wylewny był Robin Finck, który często rzucał fanom butelki z wodą, uśmiechał się i szalał
po scenie.

Teraz przyszła pora na minusy. Miałem okazję być na koncercie w Rydze, który otworzył trasę europejską. Tamten koncert był naprawdę przepięknie zrealizowany i genialny pod każdym względem. Dlatego łatwo mi jest też obiektywnie ocenić to, co zobaczyłem i czego nie usłyszałem
w Katowicach. A nie usłyszałem przecudownych niuansów dźwiękowych, elektryzującego basu
i (o zgrozo) czasem musiałem przestać śpiewać, żeby usłyszeć wokale ze sceny. Naprawdę, jakość dźwięku w Spodku jest SKANDALICZNA. Wszystko dudni, buczy i rezonuje, a wokal to studnia. Było też zwyczajnie za cicho. Byłem w Sektorze I, dość blisko sceny, ale to nieakceptowalne, żebym często słyszał szuranie po strunach gitary elektrycznej Robina Fincka.
Co do setlisty, to osobiście cieszyłem się, bo usłyszałem 4 utwory, których nie było w Rydze, jednocześnie nie tracąc przeżyć związanych z cudownymi „Me I’m Not”, „Terrible Lie”. „Came back haunted” i „The Becoming”, które u nas nie zostały zagrane. Tych dwóch ostatnich zabrakło przede wszystkim z powodu okrojonej oprawy scenicznej, której zapewnie nie dała rady pociągnąć scena w Spodku. Nie było wielu punktowych świateł, lampy powyżej sceny praktycznie nie istniały. Ekran LCD za zespołem był znacznie mniejszy. Ogółem, nieco skromnie, co oczywiście nie znaczy, że brzydko. Reznor wyraźnie był zmęczony codziennym graniem, stąd dostaliśmy „tylko” 20 utworów. Potrafię to zrozumieć.
Przyczepić się jeszcze można do gorącej atmosfery na hali. Publiczność została oczywiście ogołocona ze wszelkich napojów na wejściu, a przy takim poziomie szaleństwa pod sceną, często trudno było złapać oddech. Pomagali ochroniarze, dosłownie lejąc wodę na publiczność, pomagał także sam Robin Finck, rzucając nam butelki z wodą (co było oczywiście zajebiste! 😀 ).
Podsumowując, koncert w Katowicach na pewno nie przebił tego z Poznania, był też gorszy od tego, który doświadczyłem w Rydze. Poziom techniczny Spodka to żenada, nigdy więcej takich dobrych zespołów na tym obiekcie. Ceny biletów były jednymi z najwyższych w Europie, co było nieuzasadnione biorąc pod uwagę poziom techniczny obiektu, ani popyt na miejscówki. Na plus: publiczność i szaleństwo pod sceną, naprawdę bliska odległość od artystów (jeśli zakupiło się horrendalnie drogie bilety na Sektor I), świetny klimat gorącego, ociekającego potem i dymem koncertu. Mimo wszystko, było warto.
Kuba Styczyński
O autorze:

- Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Forsal.pl oraz fotografka Kamila Pitucha.




