fot. www.tes.com
Jak Good Taste Production wykorzystuje małe portale muzyczne
Chcesz zdobyć akredytację prasową? Promuj wydarzenie jak szalony, podsyłaj dowody swoich działań i w zamian otrzymaj jedno wielkie NIC. Tak właśnie firma zajmująca się organizacją występów postanowiła „współpracować” z mniejszymi mediami.
Chcesz zdobyć akredytację prasową? Promuj wydarzenie jak szalony, podsyłaj dowody swoich działań i w zamian otrzymaj jedno wielkie NIC. Tak właśnie firma zajmująca się organizacją występów postanowiła „współpracować” z mniejszymi mediami.

Pojawianie się na koncertach to naturalna sprawa dla każdego portalu muzycznego czy blogera. Co jednak w przypadku, gdy agencja koncertowa od razu zakłada, że akredytacji nie przyzna – ale nie poinformuje o tym przy pierwszym kontakcie? Zamiast tego sugeruje, iż warunkiem ubiegania się o akredytację jest czynny udział w promocji wydarzenia. Teoretycznie normalne – przecież obie strony mają współpracować dokładnie w tym celu, by jak najlepiej zareklamować event oraz siebie wzajemnie. Jak jest w praktyce? Ocenili nasi eksperci.
Stan faktyczny opisywanej praktyki wyglądał następująco. Z naszej strony posłaliśmy mail na adres kontaktowy Good Taste Production: „Chcielibyśmy uzyskać informację, w jaki sposób uzyskać akredytację foto bądź press na koncert XXX. Z naszej strony jesteśmy w stanie zapewnić aktywną promocję na naszym profilu facebookowym, instagramowym, Twitterze oraz stronie www.finetunetv.pl”. Czyli piszemy tak, jak to robimy zawsze. Co otrzymujemy?
<kliknij, żeby powiększyć foto>
To odpowiedź z agencji od niesprecyzowanej osoby. O tyle nietypowa, że od razu zapaliła nam czerwoną lampkę i wywołała myśl: „coś tu nie gra”. Dlatego też postanowiliśmy dopytać o szczegóły.
W obliczu takiej odpowiedzi można poczuć się mniej więcej jak po nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej, gdzie słyszy się: „Dziękujemy, oddzwonimy”. To wręcz uniwersalny kod na powiedzenie: „Panu już podziękujemy”. Oczywiście na dwa koncerty, na które aplikowaliśmy – akredytacji nie otrzymaliśmy. W przypadku jednego nie robiliśmy nic, w przypadku drugiego zastosowaliśmy aktywną promocję zgodnie z wytycznymi organizatora. I zrozumielibyśmy całą sytuację, gdyby podano nam powody dla których promocja z naszej strony była wykonana w sposób nieprawidłowy a agencja podparłaby to konkretnymi argumentami.
Tymczasem istnieje podejrzenie, że dowody naszych działań reklamowych były co najwyżej wykorzystane w celach własnych rozliczeń KPI czy innych osiągów organicznych w mediach. Pisząc wprost: nigdy dotąd nie spotkaliśmy się z sytuacją, gdzie agencja wysyła materiały promocyjne, media dokonują promocji, a później nie dostają akredytacji. Jeśli już agencja decyduje się na takie zasady, powinna jasno i wyraźnie poinformować o takim stanie rzeczy przy pierwszym kontakcie. Taka praktyka wydaje się być wysoce nietransparentna i rodzi podejrzenie, że była poczyniona z premedytacją.
„Nigdy dotąd nie spotkaliśmy się z sytuacją, gdzie agencja wysyła materiały promocyjne, media dokonują promocji, a później nie dostają akredytacji.”
Głos branży
Ale żeby nie było, że nasze dziennikarstwo nie jest w pełni rzetelne – zapytaliśmy, co przedstawiciele branży sądzą na ten temat. – Osobiście zawsze zbieram linki z informacji po koncercie robiąc podsumowanie promocyjne, ale żeby robić to przed i to w taki sposób, że decyzja o przyznaniu akredytacji jest zależna od screenów to trochę chamskie – uważa Jarosław Dudek, CEO / Poland Promotion Manager w Emergenza Festival. To nie jedyna opinia. – Taka sytuacja to klasyka i spotykam się z nią nie tylko w przypadku Good Taste Productions – komentuje nam anonimowo właściciel jednego z portali muzycznych, zajmujący się również organizacją koncertów.
Dlaczego wypowiada się bez podania danych? Z prostego powodu – rozmówca boi się, że już nigdy nie dostanie akredytacji, która jest mu niezbędna do prowadzenia – i de facto zarabiania na życie. Jak twierdzi nasz anonim, takie działanie organizatorów można poniekąd zrozumieć, bo promocja jest droga i robi się wszystko, by te koszty obniżyć, tym samym zostawiając sobie pozostałości finansowe na i tak niezbyt wysoką pensję. – Niestety, małe media mają wybór: albo dostosować się do zasad, albo nie dostać akredytacji – dodaje anonim. Jarosław Dudek przypomina zaś, że mniejszy portal czasami może być promocyjnie bardziej wartościowy, niż większy, posiadający rzeszę fanów o niesprecyzowanym guście. – Jeśli dane medium działa lokalnie lub śledzą go zapaleńcy koncertowi, to oni i tak chętniej pojawią się na evencie, niż milion osób, które nawet nie zwrócą uwagi na zapowiedź – mówi Dudek.
„Rozmówca boi się, że już nigdy nie dostanie akredytacji, która jest mu niezbędna do prowadzenia – i de facto zarabiania na życie.”
Dotarliśmy też do osób, które przychylnie oceniają takie zjawisko. Szef jednej z agencji artystycznej, który w ostatniej chwili postanowił nie zezwalać na upublicznienie jego danych mówi nam: „To normalne podejście”. I przyznaje, że czasem też stosował tę taktykę jeśli kogoś nie chciał albo uważał, że dany portal jest zbyt mały i tym samym nieprzydatny w promocji. Dodaje również: „mały portal tak samo jak firma – musi najpierw udowodnić, że warto z nim współpracować”.
No i właśnie – kwestia prawna. Zgodnie z art. 77[2] niedawno znowelizowanej ustawy – Kodeks cywilny do zachowania dokumentowej formy czynności prawnej wystarcza złożenie oświadczenia woli w postaci dokumentu, w sposób umożliwiający ustalenie osoby składającej oświadczenie. A więc – jak twierdzą prawnicy, do zawarcia kontraktu wystarczy forma elektroniczna (np. mail). A zatem nie byłoby wielkiego zdziwienia, gdyby portal posiadający zarejestrowaną działalność gospodarczą, po fakcie wykonania promocji, dochodził roszczeń cywilnych z powodu wykonanej przez siebie usługi reklamowej. Problem w tym, że większość blogerów i małych portali nie posiada zarejestrowanej działalności gospodarczej. A przecież wypracowane przez nich ścieżki promocji oraz wkład czasu, jaki na nią poświęcają – też dałoby się wycenić. A co, gdyby byli tak zdeterminowani, że zainwestowali pieniądze np. w reklamę wydarzenia na Facebooku?
– W takim przypadku małe media są niestety bezsilne. A to oznacza, że agencje koncertowe wyraźnie znalazły sobie sposób na wykorzystywanie jeleni – komentuje zaprzyjaźniony nam prawnik Patryk Słowik z Dziennika Gazety Prawnej.
Kuba Styczyński
Zgadzacie się? A może macie inne doświadczenia?
Piszcie do nas: kontakt@finetunetv.pl
O autorze:

- Redaktor naczelny, producent i ogarniacz techniczny FINE TUNE. Od 2015 r. związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski.
Najnowsze publikacje:
Wywiady08/25/2020[WYWIAD] Maciej Werk z Hedone: Tworzenie kompilacji jest jak wehikuł czasu
Wywiady08/11/2020[WYWIAD] OLENA: Piosenki składam z własnych emocji i przeżyć
RECENZJE08/08/2020[RECENZJA] ROGI CLUSH – „EVEN GODS”
Wywiady08/08/2020[WYWIAD] Yaszczuk: Pisanie piosenek to układanie puzzli z własnych myśli





